Flaga USA, czyli najbardziej bezkarne przestępstwa w kraju?

Słyszeliście przypadek polskiego kierowcy tira z trzema promilami, który zatrzymany przez policję, był przekonany, że jest w Holandii? Otóż coś takiego nigdy nie mogłoby się zdarzyć w Stanach. Powód jest prosty: flagi! Wszędzie flagi! Budynki państwowe czy siedziby prywatnych korporacji, na maszcie przed McDonaldem czy na dzielnicowym boisku do baseballa, w parku rozrywki czy miejskim parku dla psów, w kościele przy ołtarzu i w klasie przedszkolaków, na stoisku warzywnym farmera i przy bramie wjazdowej na hodowlę świń w Iowa. Czasami flaga w szczerym polu, gdzie w promieniu dziesiątek mil nie ma żywej duszy! Często są to flagi bardzo pokaźnych rozmiarów. Właściwie łatwiej byłoby mi wymienić miejsca, gdzie NIE widziałam amerykańskiej flagi, niż te, gdzie jej brakowało. I nie tylko o miejsca chodzi, ale również przedmioty i towary, na których jest obecna. Przyznam, że nie potrafię się jasno ustosunkować, czy podoba mi się taka forma patriotyzmu, czy nie.

flag9

flag10

Wyrastając w kraju i systemie, gdzie flaga traktowana była niczym świętość (bo przecież okupiona krwią milionów poległych za wolność ojczyzny) trudno przyzwyczaić się do widoku innej flagi państwowej na męskich kąpielówkach, ręczniku plażowym czy fasadzie stodoły. Z drugiej zaś strony, dlaczego rezerwować ten symbol na specjalne okazje i święta narodowe? Dlaczego nie sprowadzić go z piedestału do ludzi i z dumą nie obnosić się patriotyzmem wymalowanym na twarzy, na rdzewiejącym pick-up trucku, czy na skarpetkach.

Hola hola! Nie tak szybko! Ustanowione w 1923 r. federalne prawo pod nazwą „Flag Code” (kodeks flagi) jasno określa, w jaki sposób należy obchodzić się i jak prezentować amerykańską flagę. Teoretycznie każde użycie flagi inne niż wywieszanie jej w formie sztandaru jest nielegalne. Oto kilka najciekawszych faktów oraz wyjątków z kodeksu flagi (jego pełny tekst można znaleźć tu).

  • Wyrażenie „The American Flag” (amerykańska flaga) jest niepoprawne. Jedyna dopuszczalna nazwa flagi to „Flag of the United States of America”. Wszystkie inne nazwy, łącznie z powszechnie używanymi przez Amerykanów określeniami: The Star Spangled Banner (sztandar połyskujący gwiazdami), The Stars and Stripes (gwiazdy i paski), Old Glory (stara chwała? – niezbyt ładne tłumaczenie), Red White and Blue (czerwień, biel i kolor niebieski) to nieformalne pseudonimy.
  • Kolory są bardzo ważne. Nie każdy „blue” to „Old Glory Blue”, zatem nie każdy niebieski reprezentuje „czujność, wytrwałość i sprawiedliwość”. Podobnie czerwony musi być „Old Glory Red”, czyli reprezentować „wytrzymałość i bohaterstwo”. (Dla kolegów grafików podpowiadam wartości CMYK: niebieski 10-87-37-51 i czerwony 8-10-77-1.)
  • Flaga zawsze powinna mieć 13 pasków (oznaczających 13 pierwszych kolonii, które utworzyły niepodległe państwo) i 50 gwiazdek (oznaczających 50 obecnych stanów). Właśnie coś takiego jak tu:

flag1

  • Jeśli chcesz umieścić flagę na samochodzie, powinna być przytwierdzona do przedniego prawego zderzaka.
  • Wywieszanie flagi do góry nogami to duży nietakt, ponadto sygnał niepokoju w narodzie. Niebieskie pole z gwiazdami powinno być zawsze umieszczone w lewym górnym rogu – z perspektywy obserwatora. O, właśnie jak poniżej…

flag5

  • Flaga nigdy nie powinna być używana do celów reklamowych: naszywana, nadrukowywana, lub w żaden inny sposób odciśnięta na czymkolwiek przeznaczonym do wyrzucenia po tymczasowym użyciu (np. poduszki, serwetki, pudełka itp.)
  • Flaga nie może być używana jako naczynie do przyjmowania, trzymania, niesienia czy podawania czegokolwiek.
flag8

źródło: terapeak.com

  • Flaga nigdy nie powinna dotykać ziemi, podłogi, wody lub czegokolwiek pod sobą. Zawsze powinna wisieć i powiewać swobodnie.
  • Flaga nigdy nie powinna być używana do pokrycia sufitu. Hmmm… ciekawe czy taka na wentylatorze się liczy?
flagfan

źródło: loriferber.com

  • Chroń flagę przed deszczem i śniegiem. W tym przypadku wywieszaj ją tylko, jeśli zrobiona jest z materiału odpornego na warunki pogodowe.
  • Kiedy flaga jest już zużyta i nie jest w stanie reprezentacyjnym jako symbol narodowy, powinna być zniszczona w dostojny sposób. Teoretycznie zaleca się jej spalenie, lecz innym sposobem godnego pozbycia się flagi jest oddanie jej do lokalnego ośrodka amerykańskich weteranów (VFA).

flag2

  • Flaga nie może być rozsuwana w formie kotar, ani w żaden sposób pofałdowana lub pomarszczona.
  • Flaga nigdy nie powinna być przeznaczona jako odzież, pościel lub aranżacje okienne.

flag4

flag3

flag6

Kiedy jest już jasne, że w świetle powyższych przepisów większość mieszkańców tego kraju to bezkarni przestępcy, pozostaje pytanie, jakie są kary za łamanie kodeksu flagi? Żadnych! Choć teoretycznie kodeks jest federalnym prawem, nie nakreśla żadnych środków wykonawczych ani przewidzianych kar. Traktowany jest jako zestaw wskazówek dla tych patriotów, którzy chcą wywieszać flagę prawidłowo i z należytym szacunkiem.

Na koniec nie mogę się powstrzymać od zaprezentowania wam jeszcze kilku ciekawszych zastosowań flagi, z którymi się spotkałam (na drugim zdjęciu to co prawda flaga Portoryko, nieinkorporowanego terytorium Stanów Zjednoczonych, ale przyznacie, robi wrażenie…) God Bless the USA!

flag11

flag13

flag14

flag12

 

 

 

Oh Christmas Tree… – o smutnym losie amerykańskich choinek

Zaraz po Nowym Roku, gdy w Polsce i wielu miejscach na świecie rozbrzmiewają jeszcze kolędy, organizuje się orszaki Trzech Króli i ogólnie trwa w bożonarodzeniowej atmosferze, na chicagowskich bocznych uliczkach wyłania się smutny widok: świąteczne choinki, gołe i wesołe, nieraz bardzo jeszcze zielone, świeże i pachnące. Po pierwszym stycznia nikomu niepotrzebne, niechciane, niemodne i niewygodne.

xtree2

No bo po co komu choinka drugiego stycznia, skoro w supermarkecie Walmart na pierwszym planie ustawiły się półki z maskami i kostiumami związanymi z Mardi Gras, czyli odpowiednikiem naszych Ostatków? No i po co komu choinka po pierwszym stycznia, skoro w wielu domach gościła już ponad miesiąc, od pierwszego weekendu po Święcie Dziękczynienia, pod koniec listopada?

Na mojej bocznej uliczce pierwsza choinka pojawiła się na śmietniku jeszcze przed Nowym Rokiem. Po pierwszym stycznia było już ich tam pięć. Dziś miejską śmieciarą pojechały na wysypisko, gdzie w towarzystwie starych mebli i materaców, ton plastiku, styropianu i papieru, gruzu i niepojętej ilości wyrzucanego jedzenia –  dokończą swego żywota.

xtree1

Widok przedwcześnie wyrzucanych choinek kłuje mnie w oczy nie tylko ze względów sentymentalnych. Zdrowe, zielone świerki, jodły i sosny w jednym kontenerze z wyżej wspomnianymi odpadami – coś tu jest nie tak. Większość rodzin zaopatruje się bowiem w żywe drzewka, szeroko dostępne w sieciówkach z materiałami budowlano-ogrodniczymi. I choć w listopadzie i grudniu bardzo powszechny jest widok samochodów z choinką przywiązaną na dachu i radosnymi pasażerami w środku, mało kto kwapi się odwieźć ją po użyciu do centrum ogrodniczego czy szkółki leśnej.

Sama z żalem rozbierałam dziś nasze nabyte dwa tygodnie przed wigilią drzewko. Bynajmniej nam się nie znudziła, ale była w okropnym stanie. Myślę, że bliskość kratki ze znienawidzonym przeze mnie amerykańskim ogrzewaniem nadmuchowym może mieć coś z tym do czynienia. Podlewałam ją, porządnie nawet, lecz wyschła na wiór, obumarła kompletnie i bardziej już straszyła niż upiększała nasz salon.

Jak co roku miasto oferuje „łatwą i przyjazną środowisku alternatywę” dla wyrzucania choinek na śmietnik. Wystarczy w pierwszych dwóch tygodniach stycznia rozebrane drzewko odwieźć do jednego z dwudziestu czterech wyznaczonych parków miejskich, gdzie zebrane choinki są przetwarzone na ściółkę, dostępną potem dla mieszkańców. Drzewko można też odwieźć z powrotem do sieciówki Home Depot, gdzie większość mieszkańców Chicago kupuje choinki. Bardziej leniwi mogą też zamówić ekipę recyklingową „Do The Right Thing”, która za jedyne $15 zabierze choinkę sprzed domu, a za jedyne $25 wyniesie ci ją aż z samego salonu. O tej opcji powinni pamiętać ci, dla których perspektywa targania do parku miejskiego suchej choinki za worek ściółki nie jest warta zachodu. A jeżeli tak jak ja koszty takiego przedsięwzięcia przeliczasz na Starbucksy, to pofatygujesz się i sam zrobisz „the right thing”.

xtree3xtree4

A u was, kochani, do kiedy trzyma się choinki i co z nimi potem robicie?

 

 

 

 

Jak Chicago przechytrzyło zakaz plastikowych toreb

Gdy dowiedziałam się o nowym rozporządzeniu Chicago dotyczącym eliminacji jednorazowych reklamówek na zakupy, mój entuzjazm sięgał zenitu. Podobną radość czułam, gdy dwa lata temu do mojej dzielnicy zawitały wreszcie niebieskie kontenery recyklingowe. Nareszcie! – pomyślałam, nareszcie coś w kierunku ograniczenia czegoś, co od nastu lat kłuje mnie w oczy, leży mi na sercu, a nieraz wręcz doprowadza do szału: wszechobecny amerykański NADMIAR.

Nie jestem bynajmniej skrajną ekolożką, nie wypuszczam zwierząt z klatek w zoo, nie mam nawet energooszczędnego samochodu (choć chciałabym) i czwórkę dzieci wychowałam na jednorazowych pampersach. Ale jestem z pokolenia, które zbierało makulaturę i butelki za grosze, do sklepu chodziło z wiklinowym koszykiem i wystawiało butelki na mleko na korytarz. I nikt nie trąbił wówczas o dziurze ozonowej, topiących się lodowcach i ratowaniu lasów tropikalnych. To były raczej działania kierowane zdrowym rozsądkiem.

Rozporządzenie, które weszło w życie pierwszego sierpnia, zabrania dużym sklepom sieciowym (ponad 10 tys. stóp kw.) zaopatrywania klientów w plastikowe torby jednorazowego użytku. Założeniem pomysłodawców było zachęcenie klientów do przynoszenia własnych toreb, a przez to ograniczenie plastiku, który trafia na wysypiska oraz do ośrodków przetwarzania odpadów, gdzie jest największą zmorą, gdyż zaplątuje się i blokuje maszyny.

20150807_115829 20150807_115622

Odkąd dzieci wyszły z pieluch i zapotrzebowanie na plastikowe torby w domu spadło, staram się zabierać na zakupy swoje torby wielorazowego użytku. Naprawdę dużo osób tak robi, zwłaszcza odkąd w Chicago da się odczuć modę na bycie zielonym. Tylko jeszcze w małych sklepikach kogoś to może dziwić czy śmieszyć, lecz sieciówki podchodzą do tego zupełnie normalnie i przyjaźnie. Jako że jestem częstą bywalczynią sklepów, a gdy zapomnę własnych toreb, ilość moich zakupów przekłada się na od jednej do nawet dwudziestu jednorazówek, przez cały miniony tydzień z zainteresowaniem obserwowałam, jak nowe prawo odbije się na najczęściej odwiedzanych przeze mnie sklepach.

20150807_103603

Pete’s Market, odwiedzany najczęściej, bo najbliżej, rozczarował mnie bardzo, baaardzo. W pierwszym dniu zakazu jednorazówek patrzę i oczom nie wierzę. Przy kasie sterta nowiuśkich, lśniących, grubszych, mocniejszych toreb! Ponieważ decyzję o alternatywach dla jednorazówek miasto pozostawiło indywidualnym sieciom, Pete’s postanowił zastosować się do zakazu wprowadzając… plastikowe torby, pięciokrotnie grubsze od „starych”, które są w stanie udźwignąć co najmniej 22 funty przy przynajmniej 125 użyciach, czyli teoretycznie zgodne z nowym prawem. Zakupy beznamiętnie ładowane są w nowe, grube torby, bez żadnego „zielonego ducha”, żadnej edukacji czy zachęty w stronę konsumenta. Pozostaje marne pięć centów rabatu za każdą torbę dostarczoną przez klienta (czyli jak było do tej pory). Nowe torby, choć grubsze, są tak podobne do starych, że wątpię w to, iż konsumenci będą pamiętać, że są wielorazowe i przynosić je ze sobą przy następnych zakupach.

20150803_130011 20150806_181116

Troszkę bardziej spodobało mi się podejście Targetu. Już w drzwiach tablice obwieszczające nowe rozporządzenie i przypominające konsumentom o przyniesieniu własnych toreb. Jednak jeśli zapomniałeś, „no problem”, również tu przy kasie dostaniesz nową, grubszą torbę. Możesz też kupić sobie przyjazną dla środowiska torbę wielorazowego użytku (najczęściej za 99 centów), lub w pierwszy weekend dostać ją w promocji za darmo.

2

20150803_134705

Inne sklepy, wzorując się na najbardziej przyjaznej dla środowiska sieciówce Whole Foods, postanowiły zaopatrywać klientów w darmowe papierowe torby, które są w 100% przetwarzalne. Whole Foods, Trader Joe’s od zawsze pakował w nie zakupy, oraz dawał klientom 10-centowy rabat za każdą przyniesioną swoją torbę. Do papierowych liderów w tym tygodniu miały dołączyć między innymi Mariano’s, Sears, Home Depot i Best Buy. W minionym tygodniu również Staples zapakował mnie w papier.

Osobiście lubię papierowe torby, bo nie dość, że w 100% przetwarzalne, zawsze w domu znajdzie się dla nich jakieś zastosowanie: projekty artystyczne dzieci, transport zabawek po schodach od piwnicy aż do sypialni, a czasem nawet pakowanie prezentów. Plastikowe torby dobre są zaś do wyścielania mniejszych koszów na śmieci, wspomniane już brudne pieluchy oraz pakowanie jedzenia. Gdy uzbiera mi się ich za dużo, pakuję jedne w drugie i odwożę do supermarketów, które mają specjalne przeznaczone na nie pojemniki. Najwyraźniej zadanie to musi być bardzo trudne, o czym świadczą plastikowe torby w miejskich kontenerach recyklingowych (na których wyraźnie jest zaznaczone, żeby ich nie wrzucać), fruwające na poboczach autostrad, chicagowskich plażach, chodnikach i ulicach południowych (i nie tylko) dzielnic, nie wpominając już o wysypisku na wodach Pacyfiku.

20150804_191346 20150804_145759

Chicagowscy prawodawcy pozostawiając szczegóły zakazu w gestii poszczególnych sieciówek oraz ufając w dobrą wolę i ekologiczne zaangażowanie konsumenta, zdecydowanie się przeliczyli. Na zakaz plastiku Chicago odpowiedziało… większą ilością plastiku. Nowe, grubsze torby zużywają pięciokrotnie więcej energii, głównie paliwa niezbędnego do ich transportu, choćby dlatego iż mniej się ich mieści w ciężarówkach – przeczytałam w Chicago Tribune.

Z niecierpliwością czekam na pierwszy sierpnia 2016 r., gdy zakaz ma objąć małe sklepy i sklepiki, czyli polskie delikatesy, meksykańskie warzywniaki, do których często uczęszczam. To dopiero będzie ciekawie.

 

Jesteście serdecznie niezaproszeni

– Mama, tata cię woła, pan Stan jest w drzwiach – Duża z przejęciem wbiega do kuchni.

Nie śpieszę się do drzwi. Stan jest u nas częstym gościem spontanicznie podrzucającym mi swoje dzieci na godzinkę, półtora, pewnie błędnie wychodząc z założenia, że skoro już mam czwórkę, to dodatkowa dwójka nie robi mi różnicy. Stan jest muzykiem. W ciągu dnia, gdy żona pracuje, zajmuje się dziećmi, a wieczorami gra muzykę na żywo w ekskluzywnej restauracji. Na naszej sztywnej ulicy, wśród drętwych sąsiadów (o innym sąsiedzie co nieco pisałam tu), Stan jest powiewem normalności. Zawsze krzyknie „hi”, zagada, parę razy nawet wypiłam z nim kawę.

Tym razem w drzwiach stoi bez dzieci. Rozmawia z mężem, lecz oboje mają zmieszane miny. Ze szczątków rozmowy dolatuje mnie słówko „urodziny”.

– Wiesz Dżoana, wspominałem wam o tej imprezie, nie jestem pewny, czy pamiętacie, ale… chciałem powiedzieć…, że to będzie tylko dla dzieci z klasy córki. Żona nawrzeszczała na mnie, że nie ma tyle miejsca, że powinienem najpierw z nią skonsultować… Więc… no… wiecie…

Chwilę jeszcze zajmuje mi zrozumienie, że on przyszedł, żeby nas… wyprosić? odprosić? Upewnić się, że nie przyjdziemy!

– E tam, Stan, nie przejmuj się, nie przyjdziemy – silę się na ten sam amerykański luz, którym z reguły emanuje Stan. Prawdę mówiąc, w tej chwili naprawdę wydaje mi się to zabawne.

party

Gdy za Stanem zamykają się drzwi, najpierw parskam śmiechem. Mąż z dezaprobatą przewraca oczami. Refleksja przychodzi po chwili, przy kawie. Nie lubią nas? Za dużo nas? Czy ostatnio dzieci źle się tam zachowywały? Za długo siedzieliśmy? Może prezent był za skromny?

– To byłoby nie do przyjęcia w mojej kulturze – kiwa głową mąż. – Dostawia się kilka plastikowych krzeseł i załatwione.

– Ja też nigdy się z czymś takim nie spotkałam – wysilam pamięć. Albo zapraszasz, albo nie. Ale jak raz zaprosisz, to już nie odpraszasz.

Nie mam żalu do Stana. Stan jest naprawdę „cool”. Jednak  w uszach dźwięczy „żona na mnie nawrzeszczała”. Żona jest Azjatką, młodsza od niego o przynajmniej dwadzieścia lat. Zawsze wydawała mi się spoko, choć nie mam z nią wiele do czynienia.

Czy uważacie, że odmienność kulturowa usprawiedliwiałaby taki incydent?

USA: 10 rzeczy, do których nigdy nie przywyknę

W zeszłym tygodniu obchodziłam „nastą” rocznicę przyjazdu do Ameryki. Ten słodko-gorzki jubileusz jak zawsze był powodem do refleksji.

Już zagryzam jajecznicę tostem z dżemem. Już nie oburzają mnie podsmażane ziemniaki na śniadanie. Piję wodę z kranu, płatki śniadaniowe zalewam zimnym mlekiem z kartonu i zdarza mi się podać kolację na papierowych talerzach. Już nie dziwią wystające ze ściany włączniki światła i dziwne wtyczki do prądu. Już pompuję szampon z  jedno-i-ćwierć-litrowej butli. Płaski chicagowski krajobraz kompensuję sobie imponującymi drapaczami chmur i urokiem jeziora Michigan. Już wiem, że prosząc o herbatę, muszę zaznaczyć „hot tea”, w przeciwnym razie dostanę mrożoną.

ticket

Szanuję ten kraj za to, że dał mi rodzinę, dom i pracę – właśnie w takiej kolejności. Lubię Amerykanów za ich powierzchowny uśmiech, przyjazne nastawienie, otwartość, solidarność w niesieniu pomocy i ducha wolontariatu. Podziwiam za to, że śmieją się na pogrzebach, że nie prasują, że sobie wszystko upraszczają, od języka począwszy, na rozmaitych przedmiotach domowego użytku kończąc. Darzę sympatią za to, że są tacy wyluzowani, tacy praktyczni i że tolerują kaleczenie języka przez cudzoziemców.

W tym właśnie duchu sympatii dla tego kraju muszę przyznać, że są rzeczy, do których przez cały ten czas nie przywykłam i prawdopodobnie nigdy nie przywyknę. Które przeszkadzają mi tak samo po nastu latach, jak w pierwszym tygodniu czy miesiącu. Które cicho toleruję w ramach wdzięczności za tolerowanie mojej odmienności, ale na widok których w duchu przewracam oczami i stukam się w czoło. Które zawsze będą przypomnieniem, że tak do końca nie jestem u siebie.

1. Kraina lodu. Czy zaproponowanie komuś gorącej herbaty w skwarny letni dzień jest logiczne? Dlaczego zatem tej samej logiki nie stosuje się do podawania wszystkiego, wszystkiego, powtórzę WSZYSTKIEGO z górą kostek lodu? Nawet w środku zimy! Brrrrrr…. Ileż to już razy wybierałam widelcem lód z mojego napoju, bo przy zamówieniu zapomniałam zaznaczyć „no ice”, „little ice”. Ileż to razy moje gardło odczuwało nazajutrz skutki lodowych katuszy…

2. Dajcie sałatkę do obiadu! Czasami mam wrażenie, że amerykańskie restauracje chcą najpierw zapchać gości zieleniną, a potem udusić suchym kawałkiem mięsa. Wychowana na zestawie ziemniaki – mięso – surówka, nigdy nie przywyknę do spożywania najpierw sałatki, a potem mięsa, w dodatku bez ziemniaków! I znów trzeba wyrazić specjalne życzenie, że proszę o sałatkę z daniem głównym, a tak w ogóle to również dodatek z gniecionych ziemniaków.

3. Panowie, czapki z głów! Uffff…. jakby to powiedzieć… Jedzenie w czapce, w ogóle siadanie do stołu w czapce… Czy mi się wydaje, czy to jest brak kultury? Brak kultury w naszej kulturze, ale najwyraźniej nie wszędzie. Pozostaje cierpieć w milczeniu, widząc nawet starszych panów zasiadająch do stołu w czapce – bejzbolówce. Jednak gdy panów tych widzę w instytucjach, na drzwiach których jest wyraźny napis „No hats”, to już nie jest różnica kulturowa, to arogancja.

4. Amerykańskie ścielenie łóżka. O ile w wielu dziedzinach Amerykanie upraszczają sobie życie, w tej jednej zdecydowanie je sobie utrudniają. Amerykański styl ścielenia łóżka obfituje w nadmiar prześcieradeł, falbanek, kołder, kołderek, koców i kocyków, poduszek do spania i ozdobnych. Całość przypomina mi nieco posłanie z bajki o księżniczce na ziarnku grochu. Na dodatek łóżka są bardzo wysokie. Poduszki za małe. Zapychanie wszystkiego pod materac praktycznie uniemożliwia ruchy podczas snu. W domu wypracowałam kompromisowe rozwiązania, lecz gdy tylko śpię poza domem, pierwsza rzecz, jaką robię, to zdzieram te wszystkie warstwy, zostawiam prześcieradło, poduszkę i kołdrę.

bed1

bed2

5. Ja tylko chciałam zapłacić… nie poznać cały twój życiorys. Pogaduszki o dupie-marynie z kasjerami i sprzedawcami nie są moją rzeczą. O ile doceniam ich standardową troskę o to, czy znalazłam wszystko, czego szukałam, miłe pozdrowienie i ofertę odniesienia siatek do samochodu, o tyle fakt, co robię z tym dziwnie wyglądającym warzywem to absolutnie moja sprawa. Jak kuzynka kasjerki robi lazanię, a jak sama kasjerka, to też naprawdę zbędne informacje.

6. „Cupcakes” i amerykańskie torty. Wyglądają cudownie i smakują okropnie. Przesłodzone, przelukrowane, przekolorowane. Jedyny smak, jaki można w nich wyczuć, to cukier. Niestety, zasada jest taka: nieważne jak smakuje. Ważne jak wygląda. Przez naście lat nie znalazłam jednej babeczki „cupcake”, która by mi smakowała. Jak dobrze, że mam sprawdzone, ulubione polskie i meksykańskie cukiernie. Przy okazji, Amerykanie, którzy próbują europejskich wypieków, najczęściej są pod dużym wrażeniem.

7. Gąbka, nie chleb. Nigdy nie przekonam się do chleba, który Amerykanie spożywają na co dzień, tzw. white bread. Lekki, gąbkowaty, krojony, paczkowany, uzależniający. Można zjeść cały worek i nie czujesz sytości. Już sama lista składników przyprawia mnie o zawrót głowy. Kanapka z masłem orzechowym i dżemem? Też nie, dziękuję. Ale już część moich dzieci je uwielbia! I jak tu żyć… Więcej o chlebowych rozterkach pisałam tutaj.

bread

8. Please… tylko nie w niedzielę! Nawet znienawidzone pianie kogutów z dzieciństwa jest niczym w porównaniu z niedzielnym warkotem kosiarek sąsiadów. Pomijając fakt, że niedziela to jedyny dzień w tygodniu, kiedy możemy spać dłużej, jestem zwolenniczką święcenia świętego dnia. Jak kiedyś mąż napomknął w niedzielę, że idzie skosić trawę, to palnęłam mu takie kazanie, że właściwie do kościoła już nie trzeba było iść. Nigdy więcej nawet nie ośmielił się o tym wspomnieć. Choć przyznaję, że samej zdarza mi się włączyć pralkę czy odkurzacz w niedzielę, oczywiście w nadzwyczajnych okolicznościach.

9. Polej tam jeszcze. „Najpierw ładnie zjedz, potem będzie kompot”. Kto pamięta te czasy? W Ameryce obowiązuje odwrotna zasada: „drinks first”. W lokalach oprócz napoju prawie zawsze dostaniesz szklankę wody. Twoje napoje będą na bieżąco uzupełniane, tak abyś nigdy nie siedział z pustą szklanką. Polujący na napiwki kelnerzy będą posuwać się nawet do takich skrajności, że doleją ci wody czy kawy, gdy upiłeś zaledwie parę łyków. W przypadku napojów gazowanych wiele miejsc oferuje „free refills”, czyli bezpłatne dolewki napojów z samoobsługowego barku. Jest to o tyle zwodnicze, bo łatwo stracić umiar. I dziwić się potem, że społeczeństwo tyje.

10. Duże, większe, największe, amerykańskie. Rozmiar ma znaczenie, a na pewno w USA. Za każdym razem, gdy wyjeżdżam poza miasto czy stan, dopada mnie ta sama myśl: jaki ten kraj jest wielki! Ile tu jeszcze niezagospodarowanej ziemi! Ile miejsca dla wszystkich! W USA wszystko jest wielkie, od kraju począwszy, przez ludzi, na produktach w sklepach kończąc. We wstępie wspominałam, że niby już przywykłam do wielkich produktów, jednak daję słowo, za każdym razem gdy wydaje mi się, że już widziałam wielki majonez czy keczup, natrafiam na jeszcze większy!

tuna mayo

Święto Trzech Króli – kroimy „roscę”

Niepisana reguła w naszej rodzinie mówi, że przyjmujemy zwyczaje i tradycje wszystkich trzech krajów, oraz że mocniejsza tradycja zawsze bierze górę. Mamy zatem amerykańskie Święto Dziękczynienia, polską Wigilię z amerykańskim „Santa” w Boże Narodzenie, lecz gdy przychodzi szósty stycznia, na naszym stole nie może zabraknąć tradycyjnego meksykańskiego słodkiego chleba zwanego „Rosca de Reyes” (ciasto królów).

20150106_191117

„Rosca”, która tłumaczy się dosłownie jako „kółko, pierścień” to kolorowe ciasto o kształcie dużego obwarzanka, mające symbolizować koronę królewską, udekorowane czereśniami i figami w cukrze, paskami galaretki i bakaliami, które oznaczają liczne klejnoty w koronie. Wewnątrz ciasta w kilku miejscach powtykane są plastikowe laleczki, symbolizujące dzieciątko Jezus ukrywające się przed Herodem.

Rodzina gromadzi się na jedzenie roski najczęściej wieczorem, a największa frajda polega na krojeniu jej i odkrywaniu, komu przytrafił się plastikowy Jezusek. Wedle tradycji, kto znajdzie laleczkę, ten organizuje dla pozostałych poczęstunek w święto Dia de la Candelaria, czyli nasz dzień Matki Boskiej Gromnicznej. Na poczęstunek ten tradycyjnie mają się składać tamales (nadziewana masa kukurydziana zawinięta w kukurydziany liść) i atole (gęsty napój kukurydziany serwowany na gorąco).

20150106_194318

Dia de Tres Reyes Magos to szczególny dzień zwłaszcza dla dzieci. Według meksykańskiej tradycji, to właśnie trzej królowie obdarowują dzieci zabawkami, a nie Santa Claus, zaadoptowany od północnego sąsiada. W przeddzień święta Trzech Króli dzieci wystawiają na zewnątrz buty, nieraz wypełnione sianem lub słomą oraz miskę wody dla zwierząt, na których przyjadą trzej królowie. Buty również można umieścić w różnych miejscach w domu, a mędrcy ze Wschodu może podmienią je na prezenty.

Nasze zmodyfikowane nieco obchody kończą się niestety na wcinaniu roski, losowaniu Jezusków, lecz nikt już nie pisze się  na robienie tamales. Podobnie ku rozczarowaniu naszych dzieci Tres Reyes Magos nie przynoszą im już prezentów. Przecież całkiem niedawno był Santa, czasem Aniołek, wcześniej święty Mikołaj czasami zawita 6 grudnia, ponadto w styczniu niektórzy z naszej gromadki obchodzą urodziny, zatem…. umiar jeszcze nikomu nie zaszkodził.