Ta baba, którą nie chciałam być – czyli prawdziwy dzień matki na Dzień Matki

Najpierw zwróciłam na nią uwagę na stoisku obuwniczym. Trzymała w ręku jakieś sandały, machała nimi przed oczami siedzącej na krzesełku nastolatki i zawzięcie jej coś tłumaczyła. Wokół leżała sterta butów. Dwie mniejsze dziewczynki (chyba też jej dzieci?) bawiły się w „kto przymierzy wyższe obcasy”. Bezskutecznie próbowała przerwać tą zabawę i namówić je do odłożenia wszystkich par na miejsce. Jeszcze jedno dziecko głośno śpiewając biegało wokół regałów, co chwilę przewracając się na jakichś butach. Gdy łapała je za ramię usiłując coś tłumaczyć, mały chichotał, nic sobie nie robiąc z jej monologu.

Stojąc w przydługiej kolejce do kasy jej wzrok przyciągnęły strategicznie rozmieszczone półki z kosmetykami. Wzięła do ręki przeciwzmarszczkowy krem do oczu, chwilę obracała pudełko w palcach i odłożyła, przekonana, że „it doesn’t reduce the appearance of fine lines”. Kiedy ona była ostatnio u fryzjera? I czyżby to był „no shower day”? Kto może sobie pozwolić na zero makijażu w tym wieku? Te spodnie capri kupiła sobie w Costco, pewnie że wygodne, lecz powinna przecież wiedzieć, że to najbardziej niepochlebna długość spodni, zwłaszcza przy jej nieperfekcyjnych nogach.

A te jej dzieci… Te małe są w szortach i sandałkach, a przecież dziś jest tylko 59 stopni! Jedno z nich, z czupryną jakby nie czesało się przez tydzień, dorwało się do półki z próbkami perfum i opryskuje się każdym po kolei. Gdy wyrwała się z kolejki, by zwrócić mu uwagę, młodsze zaczęło wspinać się na wózek. Starsze były zanadto pochłonięte dyskusją, kto śpiewa piosenkę dobywającą się z głośników.

Jej twarz wykrzywiał grymas. Jej postawa ortopedyczna zdradzała znaki zmęczenia i stresu. Jej język ciała opowiadał historię rezygnacji i rozczarowania.

Jak to dobrze, że JA jestem perfekcjonistką! Lubię mieć kawę w ulubionej biało-niebieskiej filiżance, przedziałek po lewej stronie, sos na talerzu nie zalewający sałatki, ubranie nie-przypadkowe i torebkę pasującą do butów. Na biurku porządek, blaty w kuchni lśniące, podłoga czysta, obrazy na ścianach prosto. Dzieci zawsze umyte i ubrane na pogodę, ich majtki świeże, skarpetki z tej samej pary, kolana nie-przetarte, bluzki nie-dziurawe. Ich paznokcie krótkie i czyste, włosy umyte i nienagannie ułożone, grzywki nie przykrywające oczu. W bagażniku swetry na wypadek „zimno mi”, woda na wypadek „chce mi się pić”, przekąska na wypadek „chce mi się jeść”, ręcznik papierowy na wypadek „o, wylało się” i samochodowa apteczka na wypadek „ałcis”. Plan posiłków mam rozpisany do końca roku, kalendarz w telefonie na czerwono-fioletowo-żółto w zależności od kategorii wydarzeń, a na mojej szafce nocnej leży „Large Family Logistics” (książka, która nie do końca mi się przydała, bo dotyczy rodziny farmerskiej na amerykańskiej wsi). Mam też garść żelaznych zasad rodzinno-organizacyjnych, do których należą m.in. „jeśli tego nie zaplanujesz, to się nie stanie”, „dobry dzień zaczyna się od poprzedniego wieczoru”, „skończ jedno, zanim zaczniesz drugie” itp.

Czy zdąży jeszcze podjechać na całodobową pocztę? Zaraz, zaraz, czy jest mleko w lodówce? W samochodzie wśród kłótni i wrzasków ona milczy jak grób. Tylko  przełączenie się na „znieczulicę” pozwoli jej dojechać bezpiecznie do domu. Gdy tylko weszli, zagoniła dzieci na górę do spania, nie dbając już nawet, czy umyły zęby i spakowały plecaki na jutro. Pogardliwym spojrzeniem ogarnęła galerię brudnych naczyń rozstawionych po całej kuchni. Pier… to – pomyślała. Otworzyła szafkę z barkiem i nalała sobie lampkę Cabernet Souvignon z Whole Foods za $3.00, wcale nie odmierzając przepisowych pięciu uncji. Po kilku łykach otworzyła drzwi na zewnątrz, by zaczęrpnąć świeżego powietrza. Spojrzała na księżyc. Dziś świecił tak jasno. Zamknęła oczy. Ciche łzy zaczęły kapać na balustradę. – To był po prostu bardzo ciężki dzień – pomyślała sobie z ulgą, że dokonała takiego właśnie odkrycia.

– Mama…? – ze schodów wychyliła się wielka para zielono-szarych oczu. – Wszystko dobrze?

– Tak. Idź spać, dziecko.

– Mama..? Naprawdę przepraszam, jeśli cię dzisiaj rozczarowaliśmy…

Wielkie sklepowe lustra rozstawione na każdym rogu nie kłamią. Tą babą byłam ja.

ideal-mother

OCZYWIŚCIE że chciałabym być idealną matką. Ale jestem zbyt zajęta wychowywaniem dzieci.

 

 

Tajemnica Freda, czyli o moim podejrzanym sąsiedzie

Mój sąsiad od strony północnej ma na imię Fred. To bardzo intrygująca, tajemnicza postać. W pewnym sensie jesteśmy ze sobą bardzo blisko związani – nasze domy dzieli zaledwie półmetrowa szpara, w którą chyba tylko kot się wciśnie. Wiem to, bo kiedyś przypatrywałam się szparze zastanawiając się, czy Fred nie ma tam ukrytej kamery, lunety, czy innego sprzętu, przez który nas podgląda. Równie dobrze nasze domy mogłyby być połączone (tu ukłon w stronę absurdów amerykańskiego budownictwa miejskiego). Szczerze mówiąc, dawno nie zaglądałam w tą szparę. Ostatnim razem była zagracona gruzem, kawałkami cegły, kamieniami i śmieciami. Idę zaglądnąć. No proszę, Fred zaczął barykadować ją pustymi plastikowymi skrzynkami po mleku. Ten człowiek nie przestaje mnie zadziwiać. bckyrd0

Co jeszcze wiemy o Fredzie?

  • Mieszka sam. Dom jest duży, dwupiętrowy, z tym że on zajmuje chyba tylko piwnicę, bo zawsze wchodzi i wychodzi piwnicznymi drzwiami.
  • Ma ulubioną zielono-żółtą czapkę, którą nosi bez względu na pogodę.
  • Codziennie serwis „Meals on Wheels” przywozi mu gotowy lancz.
  • Obiło mi się o uszy, że jest rozwodnikiem.
  • Jedyną osobą, która czasami odwiedza Freda, jest syn.
  • Ma Mercedesa SUV, którego kiedyś mył ręcznie po każdym użyciu, lecz przez ostatnie parę lat wyprowadza go z garażu może dwa razy w roku.
  • Jest szczupły, drobny i ma może z 80 lat.

To są, powiedzmy, neutralne informacje, jakie mamy na temat Freda. A teraz… Co sprawia, że boję się Freda?

  • Jest jedno okno, które wychodzi na ścianę łączącą nas z Fredem. Tak, to okno wychodzące na murowaną ścianę! Późnym wieczorem, lecz zdarza się to również w ciągu dnia, zza okna i zza murowanej ściany Freda dochodzą krzyki: „Son of the B….! Mother F…!, F…! F…! F…!”  To bardzo donośne krzyki w furii i wściekłości dobiegające z piwnicy, choć przytłumione podwójnym murem. Czasami słychać też inne hałasy… jakby uderzenia, przewalające się meble, ale ludzki głos jest tylko jeden.
  • Gdy krótko po wprowadzeniu się parkowaliśmy na ulicy przed domem, razu pewnego znalazłam za wycieraczką karteczkę z wyzwiskami i groźbami.
  • Fred na podwórku za domem ma kolekcję miejskich kontenerów na śmieci. Ma ich obecnie dziewiętnaście, na każdym z nich – uwaga – kawałek deski i cegła.
  • Oprócz kontenerów na śmieci ma również kolekcję donic, we wszelkich możliwych rozmiarach, cegieł i pustaków, oraz kilka plastikowych palet. Wszystko skrupulatnie posortowane, ale nigdy w użyciu. To najdziwniejsze podwórko na świecie!

bckyrd1 bckyrd2

  • Dzieci mówią, że gdy bawią się na podwórku, czasem widzą uchylającą się zasłonkę i podglądającego je Freda.
  • Gdy Fred jest na podwórku, a my akurat podjeżdżamy pod dom, gwarancja na 100%, że schowa się przed naszym wejściem do domu.
  • Do garażowej klamki ma przywiązany sznurek, który aż boję się myśleć, co za sobą pociąga, gdy klamka zostaje naciśnięta.
  • Kilka lat temu wzdłuż naszego ogrodzenia nasadził mnóstwo ostrych papryk jalapeno oraz bananowych (banana peppers). To miało być ostrzeżenie? Nie sposób, by jedna osoba spożyła tyle ostrych papryk, a na Farmers Market też raczej z nimi nie jeździł.

Co kryje Fred? Jaka jest jego historia? Co ma w kontenerach na śmieci? Dlaczego przeklina wniebogłosy w piwnicy? Tyle już lat mieszkam tak blisko tego człowieka. Tak blisko, a tak daleko. Na początku mówiłam mu „Hi”, ale po karteczkach za wycieraczką i okrzykach w piwnicy, trochę w obawie o własne życie, przestałam się do niego odzywać. Czasami, może tak raz na parę miesięcy, przychodzi jakaś pielęgniarka, czy opiekunka społeczna. Nigdy nie zabawia tam długo. Przyznam, że bardzo chiałabym poznać tajemnicę Freda.

Wszystkie moje

Która z mam rodzin wielodzietnych ich nie słyszy…? Komentarze i uwagi postronnych osób. Nieraz życzliwe, nieraz nieumyślnie irytujące, nieraz wprost dokuczliwe.

Tylko czy naprawdę jesteśmy rodziną wielodzietną? Tak, bo wszędzie, gdzie się pojawiamy, stwarzamy mały tłum. Tak, bo planując wakacje, mam problemy ze znalezieniem hotelu, który pomieściłby nas w jednym pokoju. Nie, bo na forach dużych rodzin jesteśmy malutcy wśród rodzin z siedmiorgiem, dziesięciorgiem, czy dwanaściorgiem dzieci. Nie, bo mamy wspólnie z  mężem cztery ręce, a więc tylko po jednym dziecku na rękę!

blog fam

Dla moich rodaków czwórka dzieci to raczej dużo. Nieraz ze współczuciem pytają, jak sobie radzę. Jednak dla Meksykanów to raczej mało lub średnio. Gratulują i radośnie pytają: „Kiedy następne?” Amerykanie są bardzo zróżnicowani pod tym względem. Niemniej jednak ze wszystkich trzech stron słyszę podobne komentarze, które zaprezentuję w kolejności od najmniej do najbardziej irytujących:

1. „God bless!”

Zwykle życzliwe i przychylne. Najczęściej pada z ust osób starszych, miłych emerytów, dojrzałych kobiet, które same wiedzą, co to macierzyństwo.

2. „You sure have your hands full!” („I sure do!”  odpowiadam zwykle i myślę sobie „Spadaj!”)

Na pograniczu uznania i politowania. Zwykle słyszane gdzieś w supermarkecie. Choć staram się unikać robienia zakupów z całą czwórką, czasem jest to nieuniknione.  Wówczas Mały ponagla, żeby sklepowym wózkiem jechać „sybko”, Mała siedzi w wózku obrzucona produktami, z których robi sałatkę na niby, Średnia ukradkiem staje na dolnej części wózka i chce, by ją pchać, a Najstarsza co chwilę znika zafascynowana działaniem natrysków na warzywa lub ważeniem wielkiej dyni. Z reguły nie robię dzieciom scen wychowawczych w sklepach, ale najwyraźniej nie potrafię ukryć frustracji, skoro słyszę takie komentarze.

 3. „Are they all yours?!”

Z niedowierzaniem. Po udzieleniu pozytywnej odpowiedzi, czasami pada jeszcze „God bless!”. Do niedawna często towarzyszył temu komentarz, że jestem bardzo młoda na tyle dzieci, ale z żalem przyznaję, że ostatnio już tej uwagi nie słyszę. „Wszystkie są twoje?” przyjmuję, w zależności od nastroju, pobłażliwie i z życzliwym półuśmieszkiem, albo z ukrywaną irytacją.

4. Do męża: „Todos son de Usted?” lub „Are they all from the same father?”

Najczęściej pada po hiszpańsku i w 90 procentach bezpośrednio do męża, lecz w mojej obecności, od osób, które zakładają, że nie rozumiem po hiszpańsku. Wyzwala we mnie szczerą złość. Czy to nie jest szczyt bezczelności i wścibstwa?! Męża irytuje tak samo jak mnie. Szybko jednak zbywa to pytanie i usprawiedliwia „paisanos” prostotą i brakiem dobrych manier. I choć nie jestem jedną z tych osób, które na zawołanie mają błyskotliwe odpowiedzi, ale kiedyś odważę się i odpowiem: „Nie, każde ma innego tatusia”.