Flaga USA, czyli najbardziej bezkarne przestępstwa w kraju?

Słyszeliście przypadek polskiego kierowcy tira z trzema promilami, który zatrzymany przez policję, był przekonany, że jest w Holandii? Otóż coś takiego nigdy nie mogłoby się zdarzyć w Stanach. Powód jest prosty: flagi! Wszędzie flagi! Budynki państwowe czy siedziby prywatnych korporacji, na maszcie przed McDonaldem czy na dzielnicowym boisku do baseballa, w parku rozrywki czy miejskim parku dla psów, w kościele przy ołtarzu i w klasie przedszkolaków, na stoisku warzywnym farmera i przy bramie wjazdowej na hodowlę świń w Iowa. Czasami flaga w szczerym polu, gdzie w promieniu dziesiątek mil nie ma żywej duszy! Często są to flagi bardzo pokaźnych rozmiarów. Właściwie łatwiej byłoby mi wymienić miejsca, gdzie NIE widziałam amerykańskiej flagi, niż te, gdzie jej brakowało. I nie tylko o miejsca chodzi, ale również przedmioty i towary, na których jest obecna. Przyznam, że nie potrafię się jasno ustosunkować, czy podoba mi się taka forma patriotyzmu, czy nie.

flag9

flag10

Wyrastając w kraju i systemie, gdzie flaga traktowana była niczym świętość (bo przecież okupiona krwią milionów poległych za wolność ojczyzny) trudno przyzwyczaić się do widoku innej flagi państwowej na męskich kąpielówkach, ręczniku plażowym czy fasadzie stodoły. Z drugiej zaś strony, dlaczego rezerwować ten symbol na specjalne okazje i święta narodowe? Dlaczego nie sprowadzić go z piedestału do ludzi i z dumą nie obnosić się patriotyzmem wymalowanym na twarzy, na rdzewiejącym pick-up trucku, czy na skarpetkach.

Hola hola! Nie tak szybko! Ustanowione w 1923 r. federalne prawo pod nazwą „Flag Code” (kodeks flagi) jasno określa, w jaki sposób należy obchodzić się i jak prezentować amerykańską flagę. Teoretycznie każde użycie flagi inne niż wywieszanie jej w formie sztandaru jest nielegalne. Oto kilka najciekawszych faktów oraz wyjątków z kodeksu flagi (jego pełny tekst można znaleźć tu).

  • Wyrażenie „The American Flag” (amerykańska flaga) jest niepoprawne. Jedyna dopuszczalna nazwa flagi to „Flag of the United States of America”. Wszystkie inne nazwy, łącznie z powszechnie używanymi przez Amerykanów określeniami: The Star Spangled Banner (sztandar połyskujący gwiazdami), The Stars and Stripes (gwiazdy i paski), Old Glory (stara chwała? – niezbyt ładne tłumaczenie), Red White and Blue (czerwień, biel i kolor niebieski) to nieformalne pseudonimy.
  • Kolory są bardzo ważne. Nie każdy „blue” to „Old Glory Blue”, zatem nie każdy niebieski reprezentuje „czujność, wytrwałość i sprawiedliwość”. Podobnie czerwony musi być „Old Glory Red”, czyli reprezentować „wytrzymałość i bohaterstwo”. (Dla kolegów grafików podpowiadam wartości CMYK: niebieski 10-87-37-51 i czerwony 8-10-77-1.)
  • Flaga zawsze powinna mieć 13 pasków (oznaczających 13 pierwszych kolonii, które utworzyły niepodległe państwo) i 50 gwiazdek (oznaczających 50 obecnych stanów). Właśnie coś takiego jak tu:

flag1

  • Jeśli chcesz umieścić flagę na samochodzie, powinna być przytwierdzona do przedniego prawego zderzaka.
  • Wywieszanie flagi do góry nogami to duży nietakt, ponadto sygnał niepokoju w narodzie. Niebieskie pole z gwiazdami powinno być zawsze umieszczone w lewym górnym rogu – z perspektywy obserwatora. O, właśnie jak poniżej…

flag5

  • Flaga nigdy nie powinna być używana do celów reklamowych: naszywana, nadrukowywana, lub w żaden inny sposób odciśnięta na czymkolwiek przeznaczonym do wyrzucenia po tymczasowym użyciu (np. poduszki, serwetki, pudełka itp.)
  • Flaga nie może być używana jako naczynie do przyjmowania, trzymania, niesienia czy podawania czegokolwiek.
flag8

źródło: terapeak.com

  • Flaga nigdy nie powinna dotykać ziemi, podłogi, wody lub czegokolwiek pod sobą. Zawsze powinna wisieć i powiewać swobodnie.
  • Flaga nigdy nie powinna być używana do pokrycia sufitu. Hmmm… ciekawe czy taka na wentylatorze się liczy?
flagfan

źródło: loriferber.com

  • Chroń flagę przed deszczem i śniegiem. W tym przypadku wywieszaj ją tylko, jeśli zrobiona jest z materiału odpornego na warunki pogodowe.
  • Kiedy flaga jest już zużyta i nie jest w stanie reprezentacyjnym jako symbol narodowy, powinna być zniszczona w dostojny sposób. Teoretycznie zaleca się jej spalenie, lecz innym sposobem godnego pozbycia się flagi jest oddanie jej do lokalnego ośrodka amerykańskich weteranów (VFA).

flag2

  • Flaga nie może być rozsuwana w formie kotar, ani w żaden sposób pofałdowana lub pomarszczona.
  • Flaga nigdy nie powinna być przeznaczona jako odzież, pościel lub aranżacje okienne.

flag4

flag3

flag6

Kiedy jest już jasne, że w świetle powyższych przepisów większość mieszkańców tego kraju to bezkarni przestępcy, pozostaje pytanie, jakie są kary za łamanie kodeksu flagi? Żadnych! Choć teoretycznie kodeks jest federalnym prawem, nie nakreśla żadnych środków wykonawczych ani przewidzianych kar. Traktowany jest jako zestaw wskazówek dla tych patriotów, którzy chcą wywieszać flagę prawidłowo i z należytym szacunkiem.

Na koniec nie mogę się powstrzymać od zaprezentowania wam jeszcze kilku ciekawszych zastosowań flagi, z którymi się spotkałam (na drugim zdjęciu to co prawda flaga Portoryko, nieinkorporowanego terytorium Stanów Zjednoczonych, ale przyznacie, robi wrażenie…) God Bless the USA!

flag11

flag13

flag14

flag12

 

 

 

Polskie, żadne boliwijskie! – czyli z wizytą w polskim konsulacie w Czikago

Po latach odkładania na potem nadszedł wreszcie czas, by moje latorośle skorzystały z zasady Ius Sanguinis, według której nabywają obywatelstwo polskie przez „urodzenie z rodziców, z których co najmniej jedno posiada obywatelstwo polskie, bez względu na miejsce urodzenia dziecka w Polsce czy za granicą” (Art. 14 pkt 1 ustawy o obywatelstwie polskim). Innymi słowy, postanowiłam wyrobić dzieciom polskie paszporty.

1

Przy składaniu wniosku muszą być obecne dzieci i oboje rodziców (tylko w wyjątkowych sytuacjach dopuszcza się obecność  jednego rodzica), więc była to dla nas planowana wyprawa. Przykazałam dzieciom ładnie się ubrać, mówić tylko po polsku i grzecznie odpowiadać na pytania konsula. Reakcje były następujące:

– „Dzień dobry. Mam na imię M. i bardzo lubię pierogi.” Tak dobrze?

– Oooohhhh mama, czy musimy mieć białą bluzkę i granatową spódniczkę…..?

Każdy interesant witany jest w drzwiach „kontrolą bezpieczeństwa”. „Wszyscy mówią po polsku?” – bardziej stwierdził niż zapytał Pan Pierwszy, po czym trzykrotnie poinstruował męża – po polsku – by opróżnił kieszenie kurtki, zwiększając przy tym donośność głosu i przy okazji moje rozbawienie (sorrry…) – Tutaj ma pani wnioski, a tutaj wzór. Proszę wypełnić wnioski według wzoru i uwaga, nie podpisywać, powtarzam, nie podpisywać!

5

Oj niby proste, ale jednak nie. Starsza pani z panem zasłaniają mi wzór. W niewielkim pomieszczeniu jest już sporo ludzi. Mało miejsc siedzących. Muszę się skoncentrować. Mały wisi na mnie. Mąż nic nie rozumie. Rozprasza mnie telewizor i Pan Pierwszy, który donośnym głosem nieustannie poucza, tłumaczy, instruuje, a jednocześnie przeprowadza każdemu nowo przybyłemu kontrolę bezpieczeństwa.

Utknęłam już na wstępie, bo co wpisać dzieciom w pole „obywatelstwo” ? Zerkam na wzór. Nie ma nic. Postanawiam podejść do Pana Pierwszego:

– Przepraszam, co mam wpisać dzieciom w pole „obywatelstwo”?

– Proszę pani! Mówiłem pani, jest wzór! Ja naprawdę nie mogę każdemu palcem pokazywać i tłumaczyć. Pani podejdzie tutaj do wzoru. Proszę dokłanie tak wypełnić jak tutaj. Dokładnie według wzoru!

4

Duża w osłupieniu spogląda to na mnie, to na pana. No tak, po raz pierwszy spotyka się z polskim „customer service”. Jakaś część mnie chce zwrócić panu uwagę, że pytam, bo wzór jest niejasny, a on jest przecież po to, aby udzielić pomocy, lecz z drugiej strony właśnie budzi się we mnie uśpiony po latach kompleks prowincjuszki i pokora przed urzędnikami. A co jak pan się obrazi i jeszcze paszportów nam nie wyda? Wracam więc do niejasnego wzoru i postanawiam siedzieć cicho i wypełniać dalsze pola, gdy Pan Pierwszy w przypływie łaskawości podchodzi do mnie i mówi: – Pani wpisze polskie, tylko polskie. Żadne boliwijskie, żadne inne!

Aha. Żadne boliwijskie. Boliwijskie…?

Od tej pory postanawiam unikać Pana Pierwszego. Zauważam, że jest jeszcze Pan Drugi, który nie krzyczy i jest uśmiechnięty. Z kolejną wątpliwością podchodzę do niego.

– Przepraszam, pan jest wolny?

– Ach, droga pani, urzędowo tak, ale tak to nie…

I już wiem, że mam go w garści. Pochlebstwem, cierpliwością i pokorą – czyli starymi sposobami Mamy – zdobywam odpowiedzi na resztę pytań i pomoc w wypełnieniu ośmiu wniosków (potrzebne są też wnioski o pesel). Nie dałam się zbyć nawet, gdy w chwili niemocy Pan Drugi próbuje mnie odesłać do Pana Pierwszego. – Pan taki miły, a tamten pan krzyczy.

2

Wspomnienie kolejki po wizę w konsulacie w Krakowie?

Dostaję numerek i zaczyna się czekanie. Obserwuję, ja Pan Pierwszy wypytuje nowo przybyłego śniadego interesanta, czy w plecaku ma „something dendżeros, maybe najfs?”, potwierdzając moje przypuszczenia, że oczywiście mówi po angielsku. Obserwuję też, jak uspokaja wkurzonego kontraktora, który nie chce przejść kontroli bezpieczeństwa, bo on jest tylko po odbiór. Obserwuję też, jak ksiądz dostaje kolejkę do okienka praktycznie bez czekania – chcę wierzyć, że to przypadek. I dochodzę do wniosku, że Pan Pierwszy ma naprawdę niełatwą pracę.

Dalej poszło już sprawnie, mimo ciasnych okienek, przez które trudno się mówi, pani jest uśmiechnięta, miła i przyjazna. Podobne pozytywne doświadczenie miałam, gdy kilka lat temu przedłużałam własny paszport, więc do okienkowych pań nie mam żadnych zastrzeżeń. Trzeba jednak odrobić zadanie domowe i przyjść przygotowanym. Dzieci obejrzane, odciski pobrane, kopie zrobione, pięczątki przybite, paragony wydane.

– Nagle wszyscy się obudzili i chcą mieć polskie paszporty – mruczy Pan Pierwszy w odpowiedzi na komentarze o wzmożonym ruchu w konsulacie. Zadowolona z pozytywnego załatwienia mojej sprawy, po trzech (tak, trzech) godzinach wreszcie wychodzę. Po około siedmiu tygodniach odbieram nowiutkie, świeżutkie, prosto z pieca…

6

Informacje praktyczne

Umiejscowienia zagranicznych aktów urodzenia (transkrypcje) w polskim urzędzie stanu cywilnego to pierwszy i niezbędny krok do pozyskania polskich paszportów dla dzieci urodzonych za granicą. Umiejscowienia mogą być dokonane:

– przez rodzica, przy okazji wizyty w Polsce (w USC miejsca ostataniego zameldowania rodzica).

– konsula – najdłuższa i najbardziej kosztowna droga

– dziadków – w miejscu ostatniego zameldowania rodziców (przy podpisaniu oświadczenia o pełnomocnictwie dla babci lub dziadka)

Potrzebne są oryginalne akty urodzenia wraz z tłumaczeniami przysięgłymi (zamiast kłopotać się z tłumaczeniami w Stanach, polski USC podsunął mi tłumacza, z którym współpracuje i który kosztował mnie 50 zł od dokumentu). Kogo interesuje temat, niech doczyta informacje tutaj, bo ja naprawdę nie mogę każdemu palcem pokazywać i tłumaczyć…

 

Ciotki, wujki i inne twarze z amerykańskich produktów

Czarnoskóry starszy dżentelmen w czarnej muszce na pudełkach szybko gotującego się ryżu może wyglądać niewinnie dla nieświadomego amerykańskiej historii konsumenta. W końcu preparowany termicznie ryż wuja Bena był najlepiej sprzedającym się ryżem w Stanach przez prawie 50 lat. Jednak założyciele firmy nie byli bynajmniej spokrewnieni z żadnym wujem Benem. Termin „wuj” był popularnym w XIX wieku niepochlebnym określeniem dla starszych i posłusznych niewolników i służących (którym nie przysługiwały tytuły „pan” czy „pani” – Mr. czy Mrs.). „Wuj Sam” był czarnoskórym farmerem z Teksasu słynącym z wysokich standardów uprawy ryżu. Zaś twarz na pudełku to podobizna chicagowskiego ochmistrza restauracyjnego, Franka Browna. Tym oto sposobem Uncle Ben to dwie osoby w jednym. Krytyka rasistowskich korzeni wizerunku doprowadziła do wysiłków marketingowych, w rezultacie których producent, firma Mars, częściowo porzuciła słowo „wuj” i z dnia na dzień przemianowała Bena z… kamerdynera na biznesmena.

UncleBenUpdated

Po odkopaniu smutnej historii swojskiej, uśmiechniętej, czarnoskórej ciotki Jemimy z pudełka ciasta naleśnikowego w proszku, amerykańskie śniadanie już nigdy nie będzie smakować tak samo. „Old Aunt Jemima” to tytuł popularnej piosenki wykonywanej podczas minsrelsów – widowisk rozrywkowych, gdzie biali mężczyźni przebrani za czarnych wyśmiewali afroamerykańską kulturę, kreując obraz Murzynów jako analfabetów, często upośledzonych umysłowo. Oryginalna postać ciotki Jemimy była grubsza, z wyolbrzymionymi ustami, przerysowana i prześmiana. Popularność piosenki stała się inspiracją do nazwania tak nie tylko placków i syropu, lecz również postaci filmowych, telewizyjnych i radiowych. Kres ciotce Jemimie położył ruch na rzecz praw obywatelskich w latach 60. Przetrwała ona jednak jako wizerunek śniadaniowych produktów, otrzymując oczywiście odpowiedni „makover”.

auntjemima

Skoro o śniadaniu mowa, firma Quaker wielokrotnie podkreślała, że elegancki dżentelmen w czarnym kapeluszu i białej falbanie pod szyję z najpopularniejszych w Stanach płatków owsianych to „przypadkowy mężczyzna w stroju kwakra”, a nie William Penn, założyciel stanu Pensylwania. Kwakrzy to popularna nazwa wspólnoty religijnej (oficjalnie Religijne Towarzystwo Przyjaciół) zapoczątkowanej w XVII wieku w Anglii. Prześladowania religijne zmusiły dużą część kwakrów do osiedlenia się w Ameryce Północnej, gdzie początkowo przeganiani byli z każdej kolonii, z wyjątkiem Rhode Island. Wreszcie William Penn założył dla nich Pensylwanię, kolonię otwartą dla wszystkich, zgodnie z pokojowymi poglądami grupy. Kwakrzy w Pensylwanii mieli reputację uczciwych, prawych i bezkonfliktowych. Gdy na przełomie XIX i XX wieku w Pensylwanii doszło do połączenia pięciu młynów owsianych, nowa firma szybko postanowiła skorzystać z pozytywnego wizerunku kwakrów pożyczając sobie ich nazwę i twarz. Firma zapewnia, że nic innego nie łączy ich z kwakrami.

quakerblue

Na oficjalnej stronie Mr. Clean przeczytać można kiczowatą historię (i obejrzeć jeszcze bardziej kiczowaty filmik) o tym, jak w pewien letni wieczór pewien famer znalazł w stodole „małe lecz krzepkie niemowlę o łysej lecz połyskującej głowie”. Rodzina zaadoptowała dziecię, które wzrastało w sile i zamiłowaniu do czystości. Często zaskakiwał mamę szorując cały dom. A że szorował tak mocno, rosły mu mięśnie, a wraz z nimi miłość do sprzątania. Wreszcie jako dorosły już Mr. Clean napisał encyklopedię czystości, która wpadła w ręce firmy Proctor & Gamble (tak, ProctOr, nie Procter) i tak pan Clean rozpoczął swoją karierę. Według firmy modelem do stworzenia wizerunku pana Cleana był żeglarz amerykańskiej marynarki, co może mieć coś wspólnego z faktem, że oryginalna formuła stworzona była przez przedsiębiorcę zajmującego się czyszczeniem pokładów, który szukał bezpieczniejszych i efektywniejszych metod rozpuszczania brudu i smaru, a następnie sprzedana firmie P&G w 1958 r. Niektórzy twierdzą, że Mr. Clean to dżin, zważywszy na jego skrzyżowane ramiona, łysinę, złoty kolczyk w uchu, a także zdolność magicznego pojawiania się tam, gdzie jest potrzeba. I uwaga, Pan Proper w Polsce, Maestro Limpio w Meksyku, Monsieur Propre we Francji – to jeden i ten sam siłacz. Swoją drogą, ciekawa jestem dlaczego nie nazwano go dosłownie, Pan Czysty…?

Mrcleanbaby

Ruda dziewczynka w warkoczykach z logo sieci restauracji Wendy’s to córka założyciela, Dave’a Thomasa. Wieść niesie, że Melinda Lou Morse miała w dzieciństwie problemy z wypowiadaniem „r” i „l”. Nie mogąc dobrze powiedzieć swojego imienia „Melinda”, zaczęto nazywać ją ksywką „Wendy”. Gdy miała osiem lat, jej ojciec otworzył pierwszą restaurację z hamburgerami w Columbus w stanie Ohio. Dziś to trzecia najpopularniejsza sieć fast foodów z hamburgerami. Po śmierci Thomasa w 2002 roku Wendy odkupiła większość lokalizacji w Ohio i sama zaczęła pojawiać się w telewizyjnych reklamach promujących wysoką jakość składników i przygotowania hamburgerów, którą zapoczątkował jej ojciec. Ryzykownej rzec można kampanii z udziałem prawdziwej Wendy z wyraźną nadwagą towarzyszyło nowe hasło „You know when it’s real” (wiesz, kiedy to jest prawdziwe). Znawcy marketingu łapią się za głowę, mnie osobiście bardzo spodobała się ta autentyczność (zwłaszcza że nie jadam w Wendy’s).

wendys2

Circle Interchange – najbardziej zakręcone kółko w Stanach

W idealnym świecie gdy chcesz dojechać gdzieś szybciej, wskakujesz na autostradę. W Chicago nie jest to jednak tak oczywiste. Szacowanie najkrótszego czasu dojazdu (niekoniecznie najkrótszą trasą) stało się nieodłącznym zadaniem większości kierowców, równie ważnym jak tankowanie, czy uzupełnianie płynów w samochodzie. Pomocą służą częste radiowe i telewizyjne komunikaty dla kierowców, mój nieodłączny przyjaciel Google Maps, a także własne, pilnie strzeżone tajniki drogowych manewrów. Niewiele już można zrobić, gdy raz wjedziesz na rampę, która odsłoni przed tobą straszliwy widok: chicagowski korek. Pozostaje słuchać radia, modlić się i testować granice swojej cierpliwości.

chicagotraffic2

Może dlatego, że na inżynierii znam się jak kura na pieprzu, a może, bo jestem po prostu babą ze wsi, którą fascynują zjawiska wielkiego miasta, a może też dlatego, że na trasie tej jeżdżę przez większość dni tygodnia, od paru miesięcy z uwagą śledzę przebudowę okrzykniętego złą sławą chicagowskiego „Circle Interchange”. Przemianowane parę lat temu na „Jane Byrne Interchange” (dla uczczenia jedynej w historii miasta kobiety-burmistrza, Jane M. Byrne) skrzyżowanie w pobliżu centrum miasta łączy ze sobą lokalne i międzystanowe autostrady – Dan Ryan, Kennedy i Eisenhower oraz Congress Parkway – drogę która majestatycznie wprowadza do śródmieścia Chicago, przez ulice State i Michigan, aż od fontanny Buckingham w Parku Granta.

photo: chicagotribune.com

photo: chicagotribune.com

Dlaczego zła sława? Niektóre statystyki nazywają „Kółko” najwolniejszym i najbardziej zatłoczonym skrzyżowaniem autostrad w kraju. Codziennie przewija się przez nie 300-400 tys. pojazdów, a rocznie notuje się tam około 1,100 wypadków. Dla kierowców ciężarówek The Circle to prawdziwy koszmar. Kilka lat temu Departament Transportu obliczył, że przeciętna prędkość ładunków na tym odcinku wynosi zaledwie 29.41 mil na godzinę (47.33 km/h).

Kółko jest węzłem drogowym typu turbiny, teoretycznie pozwalającym podczas przejazdu utrzymywać wysokie prędkości (o ironio!). Z każdego kierunku ma pojedyńcze, długie i kręte rampy, stąd zakręcony wygląd i nazwa. Pomysły ulepszenia i usprawnienia skrzyżowania dodatkowo utrudnia fakt, że bezpośrednio pod nim biegną tory kolejki miejskiej (niebieskiej linii).

Jednak jest nadzieja! W zeszłym roku rozpoczął się wielofazowy projekt przebudowy i udoskonalenia tej ponad 50-letniej konstrukcji. Burzone i wznoszone mosty nad drogami, przesuwane co chwilę pasy ruchu i betonowe przegrody, zakazy, nakazy, ostrzeżenia i objazdy, nowe kolumny, stalowe belki i panowie w żółtych kamizelkach – to nieodłączne realia dla kierowców podróżujących przez Kółko. Stanowy Departament Transportu szacuje, że planowane ulepszenia zmniejszą korki o 50%, zaoszczędzą kierowcom łącznie około 5 milionów godzin rocznie na dojazdach oraz 1.6 milionów dolarów rocznie na kosztach paliwa. Chciałoby się z ironią pokiwać głową i powiedzieć „I’m looking forward to it”. Ale powiem lepiej: pożyjemy, zobaczymy.

Balansujące w powietrzu na wielkich dźwigach stalowe belki to nie lada widok dla baby ze wsi. A stanie w korku zaowocowało paroma zdjęciami.

Dla prawdziwych wielbicieli tematu polecam wideo.

JB6 JB5 JB4 JB3 JB2 JB

 

 

 

Oh Christmas Tree… – o smutnym losie amerykańskich choinek

Zaraz po Nowym Roku, gdy w Polsce i wielu miejscach na świecie rozbrzmiewają jeszcze kolędy, organizuje się orszaki Trzech Króli i ogólnie trwa w bożonarodzeniowej atmosferze, na chicagowskich bocznych uliczkach wyłania się smutny widok: świąteczne choinki, gołe i wesołe, nieraz bardzo jeszcze zielone, świeże i pachnące. Po pierwszym stycznia nikomu niepotrzebne, niechciane, niemodne i niewygodne.

xtree2

No bo po co komu choinka drugiego stycznia, skoro w supermarkecie Walmart na pierwszym planie ustawiły się półki z maskami i kostiumami związanymi z Mardi Gras, czyli odpowiednikiem naszych Ostatków? No i po co komu choinka po pierwszym stycznia, skoro w wielu domach gościła już ponad miesiąc, od pierwszego weekendu po Święcie Dziękczynienia, pod koniec listopada?

Na mojej bocznej uliczce pierwsza choinka pojawiła się na śmietniku jeszcze przed Nowym Rokiem. Po pierwszym stycznia było już ich tam pięć. Dziś miejską śmieciarą pojechały na wysypisko, gdzie w towarzystwie starych mebli i materaców, ton plastiku, styropianu i papieru, gruzu i niepojętej ilości wyrzucanego jedzenia –  dokończą swego żywota.

xtree1

Widok przedwcześnie wyrzucanych choinek kłuje mnie w oczy nie tylko ze względów sentymentalnych. Zdrowe, zielone świerki, jodły i sosny w jednym kontenerze z wyżej wspomnianymi odpadami – coś tu jest nie tak. Większość rodzin zaopatruje się bowiem w żywe drzewka, szeroko dostępne w sieciówkach z materiałami budowlano-ogrodniczymi. I choć w listopadzie i grudniu bardzo powszechny jest widok samochodów z choinką przywiązaną na dachu i radosnymi pasażerami w środku, mało kto kwapi się odwieźć ją po użyciu do centrum ogrodniczego czy szkółki leśnej.

Sama z żalem rozbierałam dziś nasze nabyte dwa tygodnie przed wigilią drzewko. Bynajmniej nam się nie znudziła, ale była w okropnym stanie. Myślę, że bliskość kratki ze znienawidzonym przeze mnie amerykańskim ogrzewaniem nadmuchowym może mieć coś z tym do czynienia. Podlewałam ją, porządnie nawet, lecz wyschła na wiór, obumarła kompletnie i bardziej już straszyła niż upiększała nasz salon.

Jak co roku miasto oferuje „łatwą i przyjazną środowisku alternatywę” dla wyrzucania choinek na śmietnik. Wystarczy w pierwszych dwóch tygodniach stycznia rozebrane drzewko odwieźć do jednego z dwudziestu czterech wyznaczonych parków miejskich, gdzie zebrane choinki są przetwarzone na ściółkę, dostępną potem dla mieszkańców. Drzewko można też odwieźć z powrotem do sieciówki Home Depot, gdzie większość mieszkańców Chicago kupuje choinki. Bardziej leniwi mogą też zamówić ekipę recyklingową „Do The Right Thing”, która za jedyne $15 zabierze choinkę sprzed domu, a za jedyne $25 wyniesie ci ją aż z samego salonu. O tej opcji powinni pamiętać ci, dla których perspektywa targania do parku miejskiego suchej choinki za worek ściółki nie jest warta zachodu. A jeżeli tak jak ja koszty takiego przedsięwzięcia przeliczasz na Starbucksy, to pofatygujesz się i sam zrobisz „the right thing”.

xtree3xtree4

A u was, kochani, do kiedy trzyma się choinki i co z nimi potem robicie?

 

 

 

 

136 ołówków, czyli zakupy szkolne w USA

Mundurki, lekarze, szczepionki, dentyści, okuliści. Stara praca, nowa praca, a do tego syndrom kończących się wakacji, objawiający się nudą dzieci i moim balansowaniem na skraju granicy cierpliwości. Tak w skrócie podsumowałabym minione trzy tygodnie i brak aktywności na blogu. Jednak od dłuższego czasu po głowie krążyła mi myśl: muszę napisać o zakupach przyborów szkolnych.

Sto trzydzieści sześć ołówków, dwadzieścia dwie tubki kleju, siedemnaście opakowań chusteczek dezynfekujących, dwanaście rolek ręczników papierowych… Hmmm, nadal wydaje mi się, że w tym roku jakoś tego mniej… Tylko cztery paczki papieru do drukarki? A może to już kwestia przyzwyczajenia? Może to doświadczenie i podejście strategiczne sprawiają, że nie wybałuszam oczu jak lata temu, gdy dzieci zaczynały szkołę, a ja nie mogłam się nadziwić, po co tego wszystkiego tyle?!

school3school2

Listę potrzebnych przyborów znalazłam na stronie internetowej szkoły już początkiem lipca. Pod koniec lipca pojawiają się też one w sklepach na specjalnych stojakach. Znajdujesz szkołę i klasę dziecka, i już wiesz, co musisz kupić. Dobrą wiadomością jest to, że wbrew ogólnej zasadzie, że sezonowe towary są najdroższe w sezonie, właśnie w czasie letnich wakacji przybory szkolne mają najlepsze ceny. Najwyraźniej sprzedawcy mają trochę więcej litości wobec rodziców dzieci w wieku szkolnym. Dodatkowo, przy odrobinie wysiłku można je nabyć za grosze, dosłownie za centy. Zatem jeśli prowadzisz biuro domowe, czy mały biznes, to dobry czas, żeby zaopatrzyć się w notesy, długopisy, foldery i wszelkie inne przybory papiernicze.

Lata doświadczeń, prób i błędów doprowadziły mnie do stworzenia własnego, niezawodnego systemu zakupów szkolnych. Listy przyborów drukuję, gdy tylko się pojawią. Następnie sporządzam (w tym roku Duża z radością przejęła to zadanie) tzw. „master list”, czyli skonsolidowaną i uporządkowaną alfabetycznie listę dla całej mojej czwórki. Listę już od połowy lipca noszę w torebce. Promocje na poszczególne przybory szkolne trwają od około trzeciego tygodnia lipca do końcówki sierpnia i publikowane są co niedziela. Można je znaleźć w internecie, w niedzielnej gazecie lub w reklamówkach podrzucanych pod drzwi. Zawsze w niedzielę próbuję się zorientować, co warto zakupić w najbliższym tygodniu. Jeżeli widzę jakąś niebywałą ofertę, to już w poniedziałek staram się podjechać do danego sklepu, póki towar jest na półkach.

Sklepów, które oferują promocje na przybory szkolne, jest w bród i można posuwać się do skrajności jeżdżenia od jednego do drugiego, lecz ja ograniczam się do trzech sprawdzonych, ulubionych i – przede wszystkim – w niedalekiej odległości: Target, Staples i OfficeMax. Gdy pod koniec lipca zobaczyłam, że mazaki Crayola są po 50 centów, pomyślałam, że taniej już nie będzie i kupiłam wymagane osiem opakowań, a nawet trochę więcej na zapas. Normalnie paczka kosztuje ponad dwa, a nawet trzy dolary. Za kleje Elmers w sztyfcie zapłaciłam dolara za sześć w opakowaniu, gdy normalnie jeden kosztuje dolara. Zeszyty mogą kosztować od 25 centów w górę, ho ho w górę, jeśli chcesz z Minionkami czy Elsą… Na szczęście moje dzieci wiedzą, że kupujemy wszystko jednolite, bez bajerów, lecz nie ustępujące jakości. Wiem już, że papierowe teczki rozlecą się po paru miesiącach, a plastikowe mogą przetrwać nawet do następnego roku.

school5

Najbardziej jednak lubię jednocentowe „deale”. Tak, jednocentowe! Zakupem roku w tym roku był… uwaga… papier do drukarki za 1 cent. Tak, tak, normalny papier, biały, standardowy rozmiar, 500 kartek w paczce. Limit trzy na klienta. Jedyne, co trzeba przeboleć, to fakt, że przy kasie płacisz „normalną cenę”, np. $7.29, lecz po wypełnieniu i odesłaniu paragonu na specjalny adres, otrzymasz zwrot nadpłaty za kilka tygodni (przyjdzie na pewno – testowane wielokrotnie). Biorąc pod uwagę, że potrzebuję cztery opakowania, to już prawie 30 dolarów oszczędności. Wielu osobom szkoda zachodu na odsyłanie paragonów, dla mnie to nie problem.

Nie wszystkie promocje jednocentowe wymagają czekania na zwrot nadpłat. Za centa kupiłam między innymi cyrkle, kątomierze, linijki, temperówki, kartki do segregatora, karteczki katalogowe, zeszyty i papierowe foldery. Tego typu oferty rozchodzą się szybko, najczęściej do połowy tygodnia, więc lepiej nie zwlekać z zakupami.

school4

Sortowanie i podpisywanie przyborów to dla dzieci ogromna frajda. Niespecjalnie cieszą się na powrót do szkoły, lecz na przygotowywanie przyborów – bardzo. Dla ścisłości, komplet podpisanych przyborów na cały rok należy przynieść do szkoły już w pierwszym dniu i nie mieści się to bynajmniej w jednym tornistrze. W tym roku poszłam o krok dalej, kolekcjonowanie i rozdzielanie odbywało się w garażu, by uniknąć niepotrzebnego noszenia ciężarów tam i z powrotem.

school8

Ilości „potrzebnych” rzeczy nie komentuję. Wspominałam już nie raz o wszechobecnym amerykańskim nadmiarze. Czy naprawdę jedno dziecko jest w stanie zużyć 35 ołówków w ciągu dziewięciu miesięcy? Własne dzieci przekonują mnie, że „Taaak, mama”. Co roku nowe nożyczki? A czy wspominałam, że w połowie roku szkolnego nauczyciele posyłają karteczki do domu, że w klasie skończył się klej i uprzejmie proszą o dobrowolne datki?

I na koniec zadanie. Asia musi kupić paczkę zmywalnych markerów Expo (które wyjątkowo upodobali sobie nauczyciele), których normalna cena wynosi $5.99. Asia wypatrzyła w danym tygodniu promocję na markery w cenie $1 za paczkę. Dodatkowo Asia znalazła w niedzielnej gazecie promocyjny kupon producenta na $1. Ile zapłaciła Asia za paczkę zmywalnych markerów?

school9

Udanych zakupów i szczęśliwego powrotu do szkoły!

 

 

 

USA: 10 rzeczy, do których nigdy nie przywyknę

W zeszłym tygodniu obchodziłam „nastą” rocznicę przyjazdu do Ameryki. Ten słodko-gorzki jubileusz jak zawsze był powodem do refleksji.

Już zagryzam jajecznicę tostem z dżemem. Już nie oburzają mnie podsmażane ziemniaki na śniadanie. Piję wodę z kranu, płatki śniadaniowe zalewam zimnym mlekiem z kartonu i zdarza mi się podać kolację na papierowych talerzach. Już nie dziwią wystające ze ściany włączniki światła i dziwne wtyczki do prądu. Już pompuję szampon z  jedno-i-ćwierć-litrowej butli. Płaski chicagowski krajobraz kompensuję sobie imponującymi drapaczami chmur i urokiem jeziora Michigan. Już wiem, że prosząc o herbatę, muszę zaznaczyć „hot tea”, w przeciwnym razie dostanę mrożoną.

ticket

Szanuję ten kraj za to, że dał mi rodzinę, dom i pracę – właśnie w takiej kolejności. Lubię Amerykanów za ich powierzchowny uśmiech, przyjazne nastawienie, otwartość, solidarność w niesieniu pomocy i ducha wolontariatu. Podziwiam za to, że śmieją się na pogrzebach, że nie prasują, że sobie wszystko upraszczają, od języka począwszy, na rozmaitych przedmiotach domowego użytku kończąc. Darzę sympatią za to, że są tacy wyluzowani, tacy praktyczni i że tolerują kaleczenie języka przez cudzoziemców.

W tym właśnie duchu sympatii dla tego kraju muszę przyznać, że są rzeczy, do których przez cały ten czas nie przywykłam i prawdopodobnie nigdy nie przywyknę. Które przeszkadzają mi tak samo po nastu latach, jak w pierwszym tygodniu czy miesiącu. Które cicho toleruję w ramach wdzięczności za tolerowanie mojej odmienności, ale na widok których w duchu przewracam oczami i stukam się w czoło. Które zawsze będą przypomnieniem, że tak do końca nie jestem u siebie.

1. Kraina lodu. Czy zaproponowanie komuś gorącej herbaty w skwarny letni dzień jest logiczne? Dlaczego zatem tej samej logiki nie stosuje się do podawania wszystkiego, wszystkiego, powtórzę WSZYSTKIEGO z górą kostek lodu? Nawet w środku zimy! Brrrrrr…. Ileż to już razy wybierałam widelcem lód z mojego napoju, bo przy zamówieniu zapomniałam zaznaczyć „no ice”, „little ice”. Ileż to razy moje gardło odczuwało nazajutrz skutki lodowych katuszy…

2. Dajcie sałatkę do obiadu! Czasami mam wrażenie, że amerykańskie restauracje chcą najpierw zapchać gości zieleniną, a potem udusić suchym kawałkiem mięsa. Wychowana na zestawie ziemniaki – mięso – surówka, nigdy nie przywyknę do spożywania najpierw sałatki, a potem mięsa, w dodatku bez ziemniaków! I znów trzeba wyrazić specjalne życzenie, że proszę o sałatkę z daniem głównym, a tak w ogóle to również dodatek z gniecionych ziemniaków.

3. Panowie, czapki z głów! Uffff…. jakby to powiedzieć… Jedzenie w czapce, w ogóle siadanie do stołu w czapce… Czy mi się wydaje, czy to jest brak kultury? Brak kultury w naszej kulturze, ale najwyraźniej nie wszędzie. Pozostaje cierpieć w milczeniu, widząc nawet starszych panów zasiadająch do stołu w czapce – bejzbolówce. Jednak gdy panów tych widzę w instytucjach, na drzwiach których jest wyraźny napis „No hats”, to już nie jest różnica kulturowa, to arogancja.

4. Amerykańskie ścielenie łóżka. O ile w wielu dziedzinach Amerykanie upraszczają sobie życie, w tej jednej zdecydowanie je sobie utrudniają. Amerykański styl ścielenia łóżka obfituje w nadmiar prześcieradeł, falbanek, kołder, kołderek, koców i kocyków, poduszek do spania i ozdobnych. Całość przypomina mi nieco posłanie z bajki o księżniczce na ziarnku grochu. Na dodatek łóżka są bardzo wysokie. Poduszki za małe. Zapychanie wszystkiego pod materac praktycznie uniemożliwia ruchy podczas snu. W domu wypracowałam kompromisowe rozwiązania, lecz gdy tylko śpię poza domem, pierwsza rzecz, jaką robię, to zdzieram te wszystkie warstwy, zostawiam prześcieradło, poduszkę i kołdrę.

bed1

bed2

5. Ja tylko chciałam zapłacić… nie poznać cały twój życiorys. Pogaduszki o dupie-marynie z kasjerami i sprzedawcami nie są moją rzeczą. O ile doceniam ich standardową troskę o to, czy znalazłam wszystko, czego szukałam, miłe pozdrowienie i ofertę odniesienia siatek do samochodu, o tyle fakt, co robię z tym dziwnie wyglądającym warzywem to absolutnie moja sprawa. Jak kuzynka kasjerki robi lazanię, a jak sama kasjerka, to też naprawdę zbędne informacje.

6. „Cupcakes” i amerykańskie torty. Wyglądają cudownie i smakują okropnie. Przesłodzone, przelukrowane, przekolorowane. Jedyny smak, jaki można w nich wyczuć, to cukier. Niestety, zasada jest taka: nieważne jak smakuje. Ważne jak wygląda. Przez naście lat nie znalazłam jednej babeczki „cupcake”, która by mi smakowała. Jak dobrze, że mam sprawdzone, ulubione polskie i meksykańskie cukiernie. Przy okazji, Amerykanie, którzy próbują europejskich wypieków, najczęściej są pod dużym wrażeniem.

7. Gąbka, nie chleb. Nigdy nie przekonam się do chleba, który Amerykanie spożywają na co dzień, tzw. white bread. Lekki, gąbkowaty, krojony, paczkowany, uzależniający. Można zjeść cały worek i nie czujesz sytości. Już sama lista składników przyprawia mnie o zawrót głowy. Kanapka z masłem orzechowym i dżemem? Też nie, dziękuję. Ale już część moich dzieci je uwielbia! I jak tu żyć… Więcej o chlebowych rozterkach pisałam tutaj.

bread

8. Please… tylko nie w niedzielę! Nawet znienawidzone pianie kogutów z dzieciństwa jest niczym w porównaniu z niedzielnym warkotem kosiarek sąsiadów. Pomijając fakt, że niedziela to jedyny dzień w tygodniu, kiedy możemy spać dłużej, jestem zwolenniczką święcenia świętego dnia. Jak kiedyś mąż napomknął w niedzielę, że idzie skosić trawę, to palnęłam mu takie kazanie, że właściwie do kościoła już nie trzeba było iść. Nigdy więcej nawet nie ośmielił się o tym wspomnieć. Choć przyznaję, że samej zdarza mi się włączyć pralkę czy odkurzacz w niedzielę, oczywiście w nadzwyczajnych okolicznościach.

9. Polej tam jeszcze. „Najpierw ładnie zjedz, potem będzie kompot”. Kto pamięta te czasy? W Ameryce obowiązuje odwrotna zasada: „drinks first”. W lokalach oprócz napoju prawie zawsze dostaniesz szklankę wody. Twoje napoje będą na bieżąco uzupełniane, tak abyś nigdy nie siedział z pustą szklanką. Polujący na napiwki kelnerzy będą posuwać się nawet do takich skrajności, że doleją ci wody czy kawy, gdy upiłeś zaledwie parę łyków. W przypadku napojów gazowanych wiele miejsc oferuje „free refills”, czyli bezpłatne dolewki napojów z samoobsługowego barku. Jest to o tyle zwodnicze, bo łatwo stracić umiar. I dziwić się potem, że społeczeństwo tyje.

10. Duże, większe, największe, amerykańskie. Rozmiar ma znaczenie, a na pewno w USA. Za każdym razem, gdy wyjeżdżam poza miasto czy stan, dopada mnie ta sama myśl: jaki ten kraj jest wielki! Ile tu jeszcze niezagospodarowanej ziemi! Ile miejsca dla wszystkich! W USA wszystko jest wielkie, od kraju począwszy, przez ludzi, na produktach w sklepach kończąc. We wstępie wspominałam, że niby już przywykłam do wielkich produktów, jednak daję słowo, za każdym razem gdy wydaje mi się, że już widziałam wielki majonez czy keczup, natrafiam na jeszcze większy!

tuna mayo