136 ołówków, czyli zakupy szkolne w USA

Mundurki, lekarze, szczepionki, dentyści, okuliści. Stara praca, nowa praca, a do tego syndrom kończących się wakacji, objawiający się nudą dzieci i moim balansowaniem na skraju granicy cierpliwości. Tak w skrócie podsumowałabym minione trzy tygodnie i brak aktywności na blogu. Jednak od dłuższego czasu po głowie krążyła mi myśl: muszę napisać o zakupach przyborów szkolnych.

Sto trzydzieści sześć ołówków, dwadzieścia dwie tubki kleju, siedemnaście opakowań chusteczek dezynfekujących, dwanaście rolek ręczników papierowych… Hmmm, nadal wydaje mi się, że w tym roku jakoś tego mniej… Tylko cztery paczki papieru do drukarki? A może to już kwestia przyzwyczajenia? Może to doświadczenie i podejście strategiczne sprawiają, że nie wybałuszam oczu jak lata temu, gdy dzieci zaczynały szkołę, a ja nie mogłam się nadziwić, po co tego wszystkiego tyle?!

school3school2

Listę potrzebnych przyborów znalazłam na stronie internetowej szkoły już początkiem lipca. Pod koniec lipca pojawiają się też one w sklepach na specjalnych stojakach. Znajdujesz szkołę i klasę dziecka, i już wiesz, co musisz kupić. Dobrą wiadomością jest to, że wbrew ogólnej zasadzie, że sezonowe towary są najdroższe w sezonie, właśnie w czasie letnich wakacji przybory szkolne mają najlepsze ceny. Najwyraźniej sprzedawcy mają trochę więcej litości wobec rodziców dzieci w wieku szkolnym. Dodatkowo, przy odrobinie wysiłku można je nabyć za grosze, dosłownie za centy. Zatem jeśli prowadzisz biuro domowe, czy mały biznes, to dobry czas, żeby zaopatrzyć się w notesy, długopisy, foldery i wszelkie inne przybory papiernicze.

Lata doświadczeń, prób i błędów doprowadziły mnie do stworzenia własnego, niezawodnego systemu zakupów szkolnych. Listy przyborów drukuję, gdy tylko się pojawią. Następnie sporządzam (w tym roku Duża z radością przejęła to zadanie) tzw. „master list”, czyli skonsolidowaną i uporządkowaną alfabetycznie listę dla całej mojej czwórki. Listę już od połowy lipca noszę w torebce. Promocje na poszczególne przybory szkolne trwają od około trzeciego tygodnia lipca do końcówki sierpnia i publikowane są co niedziela. Można je znaleźć w internecie, w niedzielnej gazecie lub w reklamówkach podrzucanych pod drzwi. Zawsze w niedzielę próbuję się zorientować, co warto zakupić w najbliższym tygodniu. Jeżeli widzę jakąś niebywałą ofertę, to już w poniedziałek staram się podjechać do danego sklepu, póki towar jest na półkach.

Sklepów, które oferują promocje na przybory szkolne, jest w bród i można posuwać się do skrajności jeżdżenia od jednego do drugiego, lecz ja ograniczam się do trzech sprawdzonych, ulubionych i – przede wszystkim – w niedalekiej odległości: Target, Staples i OfficeMax. Gdy pod koniec lipca zobaczyłam, że mazaki Crayola są po 50 centów, pomyślałam, że taniej już nie będzie i kupiłam wymagane osiem opakowań, a nawet trochę więcej na zapas. Normalnie paczka kosztuje ponad dwa, a nawet trzy dolary. Za kleje Elmers w sztyfcie zapłaciłam dolara za sześć w opakowaniu, gdy normalnie jeden kosztuje dolara. Zeszyty mogą kosztować od 25 centów w górę, ho ho w górę, jeśli chcesz z Minionkami czy Elsą… Na szczęście moje dzieci wiedzą, że kupujemy wszystko jednolite, bez bajerów, lecz nie ustępujące jakości. Wiem już, że papierowe teczki rozlecą się po paru miesiącach, a plastikowe mogą przetrwać nawet do następnego roku.

school5

Najbardziej jednak lubię jednocentowe „deale”. Tak, jednocentowe! Zakupem roku w tym roku był… uwaga… papier do drukarki za 1 cent. Tak, tak, normalny papier, biały, standardowy rozmiar, 500 kartek w paczce. Limit trzy na klienta. Jedyne, co trzeba przeboleć, to fakt, że przy kasie płacisz „normalną cenę”, np. $7.29, lecz po wypełnieniu i odesłaniu paragonu na specjalny adres, otrzymasz zwrot nadpłaty za kilka tygodni (przyjdzie na pewno – testowane wielokrotnie). Biorąc pod uwagę, że potrzebuję cztery opakowania, to już prawie 30 dolarów oszczędności. Wielu osobom szkoda zachodu na odsyłanie paragonów, dla mnie to nie problem.

Nie wszystkie promocje jednocentowe wymagają czekania na zwrot nadpłat. Za centa kupiłam między innymi cyrkle, kątomierze, linijki, temperówki, kartki do segregatora, karteczki katalogowe, zeszyty i papierowe foldery. Tego typu oferty rozchodzą się szybko, najczęściej do połowy tygodnia, więc lepiej nie zwlekać z zakupami.

school4

Sortowanie i podpisywanie przyborów to dla dzieci ogromna frajda. Niespecjalnie cieszą się na powrót do szkoły, lecz na przygotowywanie przyborów – bardzo. Dla ścisłości, komplet podpisanych przyborów na cały rok należy przynieść do szkoły już w pierwszym dniu i nie mieści się to bynajmniej w jednym tornistrze. W tym roku poszłam o krok dalej, kolekcjonowanie i rozdzielanie odbywało się w garażu, by uniknąć niepotrzebnego noszenia ciężarów tam i z powrotem.

school8

Ilości „potrzebnych” rzeczy nie komentuję. Wspominałam już nie raz o wszechobecnym amerykańskim nadmiarze. Czy naprawdę jedno dziecko jest w stanie zużyć 35 ołówków w ciągu dziewięciu miesięcy? Własne dzieci przekonują mnie, że „Taaak, mama”. Co roku nowe nożyczki? A czy wspominałam, że w połowie roku szkolnego nauczyciele posyłają karteczki do domu, że w klasie skończył się klej i uprzejmie proszą o dobrowolne datki?

I na koniec zadanie. Asia musi kupić paczkę zmywalnych markerów Expo (które wyjątkowo upodobali sobie nauczyciele), których normalna cena wynosi $5.99. Asia wypatrzyła w danym tygodniu promocję na markery w cenie $1 za paczkę. Dodatkowo Asia znalazła w niedzielnej gazecie promocyjny kupon producenta na $1. Ile zapłaciła Asia za paczkę zmywalnych markerów?

school9

Udanych zakupów i szczęśliwego powrotu do szkoły!

 

 

 

Reklamy

8 thoughts on “136 ołówków, czyli zakupy szkolne w USA

  1. Życzę powodzenia w nowej pracy i wnowym roku szkolnym :).
    Szkoda, że wysyłanie karteczek do rodziców z info, że w klasie brakuje tego i owego nie jest ogólnie przyjete w Polsce. Inny system – inne zwyczaje :).

  2. To markery Expo okazały się dealem roku, ale tylko dla uważnej Asi, która wypatrzyła i promocję i kupon. W Polsce to by nie przeszło 😉 Chociaż… kupowałam wyprawkę w lokalnym sklepie, była akcja promocyjna artykułów marki „bambino”. 10 proc. upustu na całość. Do tego dostałam gratisy: zeszyt, notatnik, plan lekcji, teczkę na rysunki i plastelinę.
    Mam jeszcze pytanie – dzieci w szkole nie temperują ołówków, tylko je wyrzucają? Czy co?

  3. Uśmiałam się trochę przy tym poście:) to takie prawdziwe, że my-Polacy (Europejczycy) jesteśmy uważni przy wydawaniu każdej złotówki, poświęcamy dużo czasu na sprawdzanie, porównywanie, aby w końcu wybrać najlepszą ofertę. To jest kompletnie odwrotne od tego, jak żyją Meksykanie i Amerykanie. Oni, jak widzą jakąkolwiek promocję, to oczywiście kupią, ale nie będą tracić czasu, żeby cokolwiek sprawdzić, zobaczyć czy promocja nie ma jakichś haczyków, w końcu i tak wydadzą zawsze więcej. I też są chyba tak przyzwyczajeni do tego, że trzeba wydawać, że nawet się nad tym nie zastanawiają. Ja teraz kupowałam trochę mebli do mieszkania i wszystko znalazłam na Craiglist, używane, albo prawie nowe, świetne rzeczy! Kupiłam piękne drewniane biurko za 15$, albo drewniane krzesła po 5$. Amerykanie nie mogą się nadziwić jak to możliwe. Mój Meksykański narzeczony z resztą także:). Ale to chyba jakaś historyczno-kulturowa zaszłość. U nas ceni się i szanuje każdego, kto „złapie okazję”, potem się tym chwalimy i jest to powód do dumy:) I jak najbardziej, gratuluję łowów!!:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s