USA: 10 rzeczy, do których nigdy nie przywyknę

W zeszłym tygodniu obchodziłam „nastą” rocznicę przyjazdu do Ameryki. Ten słodko-gorzki jubileusz jak zawsze był powodem do refleksji.

Już zagryzam jajecznicę tostem z dżemem. Już nie oburzają mnie podsmażane ziemniaki na śniadanie. Piję wodę z kranu, płatki śniadaniowe zalewam zimnym mlekiem z kartonu i zdarza mi się podać kolację na papierowych talerzach. Już nie dziwią wystające ze ściany włączniki światła i dziwne wtyczki do prądu. Już pompuję szampon z  jedno-i-ćwierć-litrowej butli. Płaski chicagowski krajobraz kompensuję sobie imponującymi drapaczami chmur i urokiem jeziora Michigan. Już wiem, że prosząc o herbatę, muszę zaznaczyć „hot tea”, w przeciwnym razie dostanę mrożoną.

ticket

Szanuję ten kraj za to, że dał mi rodzinę, dom i pracę – właśnie w takiej kolejności. Lubię Amerykanów za ich powierzchowny uśmiech, przyjazne nastawienie, otwartość, solidarność w niesieniu pomocy i ducha wolontariatu. Podziwiam za to, że śmieją się na pogrzebach, że nie prasują, że sobie wszystko upraszczają, od języka począwszy, na rozmaitych przedmiotach domowego użytku kończąc. Darzę sympatią za to, że są tacy wyluzowani, tacy praktyczni i że tolerują kaleczenie języka przez cudzoziemców.

W tym właśnie duchu sympatii dla tego kraju muszę przyznać, że są rzeczy, do których przez cały ten czas nie przywykłam i prawdopodobnie nigdy nie przywyknę. Które przeszkadzają mi tak samo po nastu latach, jak w pierwszym tygodniu czy miesiącu. Które cicho toleruję w ramach wdzięczności za tolerowanie mojej odmienności, ale na widok których w duchu przewracam oczami i stukam się w czoło. Które zawsze będą przypomnieniem, że tak do końca nie jestem u siebie.

1. Kraina lodu. Czy zaproponowanie komuś gorącej herbaty w skwarny letni dzień jest logiczne? Dlaczego zatem tej samej logiki nie stosuje się do podawania wszystkiego, wszystkiego, powtórzę WSZYSTKIEGO z górą kostek lodu? Nawet w środku zimy! Brrrrrr…. Ileż to już razy wybierałam widelcem lód z mojego napoju, bo przy zamówieniu zapomniałam zaznaczyć „no ice”, „little ice”. Ileż to razy moje gardło odczuwało nazajutrz skutki lodowych katuszy…

2. Dajcie sałatkę do obiadu! Czasami mam wrażenie, że amerykańskie restauracje chcą najpierw zapchać gości zieleniną, a potem udusić suchym kawałkiem mięsa. Wychowana na zestawie ziemniaki – mięso – surówka, nigdy nie przywyknę do spożywania najpierw sałatki, a potem mięsa, w dodatku bez ziemniaków! I znów trzeba wyrazić specjalne życzenie, że proszę o sałatkę z daniem głównym, a tak w ogóle to również dodatek z gniecionych ziemniaków.

3. Panowie, czapki z głów! Uffff…. jakby to powiedzieć… Jedzenie w czapce, w ogóle siadanie do stołu w czapce… Czy mi się wydaje, czy to jest brak kultury? Brak kultury w naszej kulturze, ale najwyraźniej nie wszędzie. Pozostaje cierpieć w milczeniu, widząc nawet starszych panów zasiadająch do stołu w czapce – bejzbolówce. Jednak gdy panów tych widzę w instytucjach, na drzwiach których jest wyraźny napis „No hats”, to już nie jest różnica kulturowa, to arogancja.

4. Amerykańskie ścielenie łóżka. O ile w wielu dziedzinach Amerykanie upraszczają sobie życie, w tej jednej zdecydowanie je sobie utrudniają. Amerykański styl ścielenia łóżka obfituje w nadmiar prześcieradeł, falbanek, kołder, kołderek, koców i kocyków, poduszek do spania i ozdobnych. Całość przypomina mi nieco posłanie z bajki o księżniczce na ziarnku grochu. Na dodatek łóżka są bardzo wysokie. Poduszki za małe. Zapychanie wszystkiego pod materac praktycznie uniemożliwia ruchy podczas snu. W domu wypracowałam kompromisowe rozwiązania, lecz gdy tylko śpię poza domem, pierwsza rzecz, jaką robię, to zdzieram te wszystkie warstwy, zostawiam prześcieradło, poduszkę i kołdrę.

bed1

bed2

5. Ja tylko chciałam zapłacić… nie poznać cały twój życiorys. Pogaduszki o dupie-marynie z kasjerami i sprzedawcami nie są moją rzeczą. O ile doceniam ich standardową troskę o to, czy znalazłam wszystko, czego szukałam, miłe pozdrowienie i ofertę odniesienia siatek do samochodu, o tyle fakt, co robię z tym dziwnie wyglądającym warzywem to absolutnie moja sprawa. Jak kuzynka kasjerki robi lazanię, a jak sama kasjerka, to też naprawdę zbędne informacje.

6. „Cupcakes” i amerykańskie torty. Wyglądają cudownie i smakują okropnie. Przesłodzone, przelukrowane, przekolorowane. Jedyny smak, jaki można w nich wyczuć, to cukier. Niestety, zasada jest taka: nieważne jak smakuje. Ważne jak wygląda. Przez naście lat nie znalazłam jednej babeczki „cupcake”, która by mi smakowała. Jak dobrze, że mam sprawdzone, ulubione polskie i meksykańskie cukiernie. Przy okazji, Amerykanie, którzy próbują europejskich wypieków, najczęściej są pod dużym wrażeniem.

7. Gąbka, nie chleb. Nigdy nie przekonam się do chleba, który Amerykanie spożywają na co dzień, tzw. white bread. Lekki, gąbkowaty, krojony, paczkowany, uzależniający. Można zjeść cały worek i nie czujesz sytości. Już sama lista składników przyprawia mnie o zawrót głowy. Kanapka z masłem orzechowym i dżemem? Też nie, dziękuję. Ale już część moich dzieci je uwielbia! I jak tu żyć… Więcej o chlebowych rozterkach pisałam tutaj.

bread

8. Please… tylko nie w niedzielę! Nawet znienawidzone pianie kogutów z dzieciństwa jest niczym w porównaniu z niedzielnym warkotem kosiarek sąsiadów. Pomijając fakt, że niedziela to jedyny dzień w tygodniu, kiedy możemy spać dłużej, jestem zwolenniczką święcenia świętego dnia. Jak kiedyś mąż napomknął w niedzielę, że idzie skosić trawę, to palnęłam mu takie kazanie, że właściwie do kościoła już nie trzeba było iść. Nigdy więcej nawet nie ośmielił się o tym wspomnieć. Choć przyznaję, że samej zdarza mi się włączyć pralkę czy odkurzacz w niedzielę, oczywiście w nadzwyczajnych okolicznościach.

9. Polej tam jeszcze. „Najpierw ładnie zjedz, potem będzie kompot”. Kto pamięta te czasy? W Ameryce obowiązuje odwrotna zasada: „drinks first”. W lokalach oprócz napoju prawie zawsze dostaniesz szklankę wody. Twoje napoje będą na bieżąco uzupełniane, tak abyś nigdy nie siedział z pustą szklanką. Polujący na napiwki kelnerzy będą posuwać się nawet do takich skrajności, że doleją ci wody czy kawy, gdy upiłeś zaledwie parę łyków. W przypadku napojów gazowanych wiele miejsc oferuje „free refills”, czyli bezpłatne dolewki napojów z samoobsługowego barku. Jest to o tyle zwodnicze, bo łatwo stracić umiar. I dziwić się potem, że społeczeństwo tyje.

10. Duże, większe, największe, amerykańskie. Rozmiar ma znaczenie, a na pewno w USA. Za każdym razem, gdy wyjeżdżam poza miasto czy stan, dopada mnie ta sama myśl: jaki ten kraj jest wielki! Ile tu jeszcze niezagospodarowanej ziemi! Ile miejsca dla wszystkich! W USA wszystko jest wielkie, od kraju począwszy, przez ludzi, na produktach w sklepach kończąc. We wstępie wspominałam, że niby już przywykłam do wielkich produktów, jednak daję słowo, za każdym razem gdy wydaje mi się, że już widziałam wielki majonez czy keczup, natrafiam na jeszcze większy!

tuna mayo

Reklamy

12 thoughts on “USA: 10 rzeczy, do których nigdy nie przywyknę

  1. Kurczę, no jak to jest, że Amerykanie mają tak małą świadomość na temat żywienia, że nie widzą prostej zasady im więcej jesz, tym więcej tyjesz, że nie liczą kalorii, opychają się cukrowymi łakociami, które, jak mówisz, są TYLKO słodkie, dolewają sobie coli, ile wlezie, jedzą te gąbkowe chleby… Bo lata lecą, świat zaczyna lansować „bycie fit”, a tam mniej więcej to samo. Nie dość, że dużo, to pewnie jeszcze i tanio? Tak jakby producenci sami zabijali swoich rodaków, którzy biorą wszystko, co duże, a potem jedzą, jedzą… Gdyby to jeszcze było smaczne… A ten gigantyczny majonez…
    Ciekawa jestem, jakie przebicie mają ci, którzy w Ameryce starają się nawrócić ludzi na zdrowe odżywianie, ostrzec przed otyłością i jej skutkami, bo chyba zdarzają się tacy?
    Pozdrawiam!

    • Iwona, jest nadzieja! Faktycznie było tak, jak piszesz, przez wiele wiele lat. Ale teraz trend zdrowego odżywiania jest coraz mocniejszy. Przynajmniej w większych miastach. Obok „normalnych” produktów, dużo sklepów, nawet tych mniejszych, wprowadza linię organicznych. Obok nieszczęsnej gąbki na półce szereg przeróżnych chlebów, które na worku zachwalają, jakie to one zdrowe. Bardziej świadomi Amerykanie kupują jajka i kurczaka do Amiszów, po owoce i warzywa jeżdżą na targi farmerskie. W mieście widzę coraz więcej projektów „urban gardens” z pomidorami, sałatą itp. Życie w zdrowotnym trendzie jest jednak droższe. Nie każdego stać na organiczne jajka za $3.99, skoro tuzin „normalnych” kupisz za .99… I jeszcze na dwulitrową kolę za .99 wystarczy. Do tego paczkę czipsów i lancz gotowy!

  2. Bardzo ciekawa lista! U mnie na pewno byłaby: bezsmakowa, skawalona jajecznica, klimatyzacja, przy której można się przeziębić, brak surówek, „sałatki”, które stanowi wielki kawał kurczaka położony na liściu sałaty, bankowość, w której wykonanie przelewu trwa tydzień… Poza tym nie rozumiem wielu obsesji politycznych, irytuje mnie zacietrzewienie z obu stron i ta retoryka stawiająca wszystko na ostrzu noża… no ale to akurat mamy również w Polsce 🙂 Świetne zdjęcia amerykańskiej rozmiarówki 🙂 Ja zawsze czuję się zabawnie, gdy wracam do Polski i proszę o wodę w restauracji i dostaję jakieś 250 ml w cenie 6zł. Są takie rzeczy, które działają w drugą stronę 🙂

    • Oj tak, klimatyzacja, przy której można się przeziębić… Latem zawsze dobrze mieć przy sobie lekki sweter. Hotelowe jajecznice – tragedia. Trzymam się też z dala na kilometr od śniadaniowych „biscuits and gravy”. Nigdy nie próbowałam, więc nie mogę osądzić, ale sama myśl polania bezsmakowych bułeczek gęstym, podejrzanie wyglądającym sosem… No, thank you.

  3. Podpisuję się pod ta listą w 100%. Od siebie dodałabym jeszcze amerykańskie reakcje na śnieg. Pada każdej zimy? No pada (przynajmniej w Nowej Anglii). To czemu w takim razie powoduje panikę jak niespodziewany kataklizm? Robienie tygodniowych zapasów jedzenia? Zamykanie szkół kiedy ma być tzw. „burza śnieżna”? Rozumiem względy ekonomiczne, bezpieczeństwa i inne, które za tym stoją. Ale już nie rozumiem niezmieniania opon na zimowe przy takim podejściu. 😉

    • Ależ jak mogłam zapomnieć o śnieżnej panice! Pewnie dlatego, że mamy środek lata… Masz rację, co roku wielkie zaskoczenie, że pada śnieg! Prognozy niczym zbliżający się koniec świata. Zawsze w duchu się śmieję, wspominając, jak Polsce w zaspach po pas szliśmy do szkoły, przemoczone buty jakoś nikomu nie przeszkadzały, a ile przy tym było zabawy! Pozdrawiam i dziękuję za przeczytanie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s